o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
sobota, 29 stycznia 2011

A może historia XXI wieku właśnie się rozpoczyna? Izrael się zbroi, a agenci mossadu już są pewnie przerzucani na tyły wroga. Europa śpi, a raczej po raz kolejny pokazuje swoją totalną bezradność. Pamiętamy wszyscy, co się działo w 1978-1979 roku? Iran. Od września trwały wielkie protesty, protesty inteligencji żądającej wolności od reżimu. W styczniu 1979 roku uciekł Szach Mohammed Reza Pahlawi, a już 1 kwietnia proklamowano Republikę Islamską Iranu. Dziś ten kraj jest zagrożeniem dla Świata. Prawdopodobnie w XXI wieku będziemy świadkami wojny, jaką stoczy świat z tym krajem, bo w jakąkolwiek rewolucję wewnętrzną (która była by najlepszym rozwiązaniem) nie wierzę.

Pal sześć malutką Tunezję, najwyżej nie posiedzimy na plaży trzymając chłopaka za rękę. Egipt jednak, posiadający prawie pół milionową armię, o którą Mubarak dbał jak ongiś Szach o swoją w Iranie. Armię dotowaną ogromnymi kwotami z budżetu Egipskiego, oraz za pieniądze Stanów Zjednoczonych. Tymczasem, prawdopodobnie wściekły tłum obali prezydenta, a w kraju zapanuje zamęt. W tym burdelu po władzę sięgną imamowie i stworzą kolejne piekło na ziemi Iran bis – Egipską Islamską Republikę – już dziś Szejk Al-Karadawi zaciera ręce i wzywa prezydenta do ucieczki. Izrael i Strefa Gazy w szybkim czasie zamienią się w wielką rzeźnię. Fanatycy pierwsi podniosą ogień – czując wsparcie wielkiego Egiptu. Czy mały Izrael nie będzie miał prawa użyć broni nuklearnej? Zacznie się najciekawszy czas nowego wieku. Rządy takich państw jak Francja, Niemcy czy Mała Brytania boją się pisnąć niepoprawnego politycznie słówka – bo zaraz mniejszość muzułmańska wyleje się na ulice, podpalając samochody i przedmieścia jak było w 2007 roku. Obama będzie zmuszony oddać nobla. Jasne to tylko przewidywanie – głupia prognoza, wsparta na doświadczeniu historycznym. A czy dziś serwis gwałciciela szwedzkiej dziewczynki – nie opublikował tajnej wieści, że świecki i potężny prezydent Mubarak boi się najbardziej Bractwa Muzułmańskiego?

Moi drodzy państwo, tylko proszę nie wierzyć, że chodzi o jakąkolwiek demokrację! Ha ha ha!!! My z pojęciem demokracji, mamy taki sam problem jak amerykanie ze swoją megalomanią. Od Maroka po Syrię, po przez Libię i Egipt – nie będzie nigdy demokracji! I nikomu na świecie, nie będzie nigdy na niej zależało! Chodzi tylko o stabilizację – o to, aby w taki czy inny sposób, trzymać te kraje za przysłowiową mordę w umiarkowanym spokoju. W tych krajach nie rozumie się pojęcia demokracja – wynika to z historyczno-religijnych uwarunkowań. Demokracja nie daje rady w społeczeństwach, w których narzuca się ten system siłą, albo jest niezgodny z religią. Dlatego tyran Mubarak był największym sojusznikiem USA – gwarantował spokój w regionie, nie chodzi o nic innego. Tymczasem, jeśli by nie daj boziu w Egipcie powstała Republika Islamska – wszystko stanie na głowie i zdarzyć się będzie mogło wszystko. No i mamy poważny kłopot.

Profesor Szewach Weiss mówi iż najlepszym wyjściem byłoby przejęcie władzy przez armię. Co doprowadzi do nowej tyranii oczywiście, ale lepsza ona niż Islamska Republika. Podobno już się naradzają rządy w Jordanii i pewnie w kilku innych krajach bliskiego wschodu, patrzą jak się to wszystko zakończy.

Do czego nas doprowadzi ta specyficzna Wiosna Ludów? I czy nie jest to jednak początek srogiej zimy?

piątek, 28 stycznia 2011

Jakoś się tak u nas w domu zrobiło teatralnie. Nie, że mamy teatr w domu czy jaki cyrk, ale zbrzydło nam ostatnio kino i mamy chcicę na teatr. Zaczęło się chyba od grudniowego Meydey i mamy niedosyt. Wówczas po spektaklu zorganizowano jeszcze bankiet, ale to było przedstawienie dla bankierów oraz garstki zwycięzców w konkursie fejsbókowym. Niedosyt postanowiliśmy nakarmić i oto pierwszy kwartał roku zapowiada się teatralnie. Dziś idziemy na Kukłę, w lutym spróbujemy się wbić na Boga Mordu – którego swoją drogą właśnie ekranizuje Roman Polański, ponad to mam ochotę znów zobaczyć Habitat oraz coś z Eric’a Bogosiana. Aż dziw, że w człowieku drzemią takie pokłady pragnienia obcowania ze sztuką. Lubię teatr i cenię bardziej od kina, choć jako typowy polaczek chodzę notorycznie do kin zamiast do teatru. Teatry mają uboższą ofertę – to normalne nie posiadają 20 sal z cotygodniową wymianą repertuaru. A mimo to obcowanie z grą aktora, jest dla mnie przyjemnością wyrafinowaną – subtelne reakcje obsady na zachowania publiczności, coś niesamowitego. Mistrzem tu jest Bronisław Wrocławski w monodramach Bogosiana – gra je od lat – od lat, a ciągle mała scena pęka w szwach. Mąż chce jeszcze iść na Szalone Nożyczki – przedstawienie, które też stało się jednym ze stałych elementów naszego miejskiego krajobrazu teatralnego. Jak typowy polaczek rozumiem, że kino jest tańsze na dwóch (wraz z prowiantem 72 PLN) niż teatr (Bóg Mordu – 106 PLN). W kinie jestem zwolennikiem chrupania i chlipania, w teatrze ciszy. Kino jest rozrywką dla mas, teatr również. Jednak nie uważam samego teatru za nic wyższego, lepszego od kina – to i to rozrywka. Teatr jednak wymaga odrobiny kultury, kino już nie. Jednej rzeczy tylko nie uznaję jak polaczek – teatr to nie miejsce specjalne, to nie jest kościół, ani cywilny ślub – nie ubieram się jak pingwin. Bzdurą i bufonadą jest noszenie się w garniaku do teatru. My z mężem ubieramy się jak chcemy, jak nam wygodnie. Teatr to nie bal ani oficjalna wizyta – to tylko dobra, czasem pouczająco-refleksyjna rozrywka.

Jak ten czas szybko leci – zjawiskowo. Wczoraj był grudzień, a przedwczoraj styczeń. Rok 2006 i 2007 pamiętam jakby był pół roku temu, a 2001 skończył się ze dwa lata temu. Czasem mam wrażenie, że jestem zawieszony w międzyczasie i swobodnie żegluję między portami czasu, portami wspomnień. Od jakiegoś czasu fotografuję swoje podwórko – obserwując zmiany – są bardzo powolne, ale są. Zimy białe, lata zielone, jesienie i wiosny deszczowe i cudownie szare. Nie widzę jeszcze zbyt wielu zmian patrząc w lustro, choć wiem że postępują one szybko, w 2005 roku wyglądałem jak nieopierzony szczeniak, a dziś jak 35-cio latek z brzuszkiem. Nie czuję zbyt wielu zmian mentalnych, choć inni mówią że dojrzałem – ale ciągle udaje mi się bronić fundamentu, który zbudowałem w 2001 roku. Jestem z tego niezmiernie dumny. Na początku tego bloga, czyli jakoś w 2008 roku pisałem, że samoistnie zamknąłem się w twierdzy własnych przekonań, oddzieliłem się murem od Świata. I siedzę jak ten samotnik czekając na zbawienie. Okazało się jednak, że selektywnie otwieram bramy mego klasztoru i wpuszczam przyjezdnych. Pisałem wtedy, że w sumie nie potrafię się wyrwać z tych murów i że jest mi za nimi źle. Dziś czytam z uśmiechem tamte wpisy, kryzysy na drodze pustelnika są czymś normalnym, zawsze można zwątpić w sens, no chyba że dostaje się to, o co człowiek walczył. Ja dostałem – moja droga okazała się być najlepszym z wyjść. Dziś za murami nie siedzę sam, mam kogoś jeszcze. Trzeba było troszkę przemeblować to i tamto. Na szczęście szybko udało mi się dowieść swoich racji, by w żadnym wypadku nie burzyć muru. Doglądać go i wzmacniać, nauczyłem mego kompana. Za murem żyją miliardy ludzi, jest kilku podobnych do nas, większość jednak podobna do dzikich zwierząt. Świat wartości nie istnieje poza tymi, jakie masz ty czy ja. Nie żałuję żadnego kroku, na drodze izolacji społecznej. Powziąłem je w skutek kontaktu z homofobicznym liceum. Izolacja uchroniła mnie przed masą zbędnych doświadczeń, jak to się dumnie określa – idiotyzmy szczeniactwa. Doświadczenia zdobywaj racjonalnie – to moje motto, świadomie i z ludźmi, którzy za tobą w ogień skoczą, nie z jakąś przypadkową bandą… Oczywiście radykalizm moich wielu poglądów złagodził mąż, dziś patrzę bardziej z przymrużeniem oka na pewne sprawy. Można stwierdzić że z fanatyzmu, przeszło mi na zdrowy rozsądek. Cieszy mnie jednak to, że I’ potrafił słuchać moich dobrych rad, nawet tych radykalnych, demolujących jego relacje z tak zwanymi przyjaciółmi. Czasem trzeba się całkowicie odciąć, od zbyt interesownych ludzi. Cel uświęca środki oraz ofiary, podczas jednego krótkiego życia, nie można wiązać sobie do nogi kłód. Czy znaczy, że jesteśmy nieludzkimi potworami, zamkniętymi na ludzi? Ależ skąd, jesteśmy zajebiście ludzkimi facetami, lubiącymi mieć do czynienia z ludźmi, a nie anty-ludźmi.

Dziś mija rok od dnia śmierci mojego poprzedniego kota. To wspaniałe zwierze, było mi bliższe niż 95% znajomych z ogólniaka i studiów razem wziętych. Był ze mną od 2000 roku. Jako pocieszenie usłyszałem drwiące słowa… O jej, moje koty nie dożywały zwykle 5 lat, twój i tak żył długo…

14:35, koffiejames , koffie mix
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 stycznia 2011

Zostałem ostatnio poproszony o pomoc w promocji pewnej strony. Ale co ja mały żuczek mogę zrobić? Mimo to postaram się jak umiem.

Chodzi o nową stronkę: http://www.gender-info.pl/

Nie oszukujmy się - nie jestem żadnym wojwonikiem czy bojownikiem o sprawy LGBT. Ale jeśli ma to być pożyteczne dla wielu... Bracia i Siostry - Geje, Lesbijki, Hetero, A-seksualni, Trans i wszyscy, których pominąłem jeśli macie wolę i ochotę zapraszam na TĄ stronę. Zobaczcie sami co to!

 

wtorek, 25 stycznia 2011

Cover FotoFly By Night - 1975

1.Anthem 4:22

2.Best I Can 3:25

3.Beneath, Between and Behind 3:02

4.By-Tor And The Snow Dog 8:37

5.Fly By Night 3:21

6.Making Memories 2:58

7.Rivendell 4:57

8.In The End 6:47

Tak, jeśli ktoś pyta mam słabość do wysokich męskich głosów, nie cierpię zaś pospolitych wokali, które mnie nudzą. U kobiet lubię niskie wokale albo agresywne, ot moja fiksacja taka. W głosie Geddego Lee albo się człowiek zakochuje, albo go nienawidzi. Można zatem uznać jego wokal za wspaniały, lub za tragiczny. W 2006 roku sklasyfikowano Lee na 13 miejscu, 100 najlepszych wokalistów rock-metal czasopisma Hit Parader. I muszę przyznać rację dla tej pozycji, zdziwiłbym się gdyby to była pierwsza 10-tka, ale nie zgodziłbym się gdyby Geddy wypadł poza 20-stkę.

Po doświadczeniach zeszłego tygodnia, postanowiłem oddzielić notki wspomnieniowe od serii Rush. Wychodzą mi tu ogromne wpisy, a w perspektywie jeszcze prawie 20. Dlatego niech Rush będzie Rush’em. Oczywiście stali czytelnicy wiedzą, że ja zawsze robię jakieś dygresje. Po Kolorkach King Crimson (to były tylko 3 albumy), po całym Queen (w formie youtube), porywam się na ogrom i mam nadzieję to skończyć.

Cover FotoMoja dobra znajoma powiedziała mi, że ona już wyrosła z ulubionych zespołów. Tylko, że Rush nie jest moim ulubionym zespołem. Ulubionymi grupami czy wykonawcami mogę nazwać: Queen, King Crimson, Depeche Mode, Talking Heads, wszystko co robi Adrian Belew, czasami Elektryczne Gitary – to wspomnienie z dzieciństwa, lubię też wspomnianych już wielokrotnie Zeppelinów, Areosmith, Scorpions, Budgie, The Cult, Sylviana, Frippa, Bruforda, Treya Gunna, Oldfielda, Rammstein, Psyche, The Knife nawet Abbę i Pet Shop Boys. Czasem dla zdrowia, sympatycznie jest zanucić jakiś popowy hiciorek za dwa grosze. Rush jest czymś więcej – niż ulubionym zespołem. Jest ze mną wtedy, kiedy go słucham i kiedy przez pół roku nie ma go wcale w moich odtwarzaczach, jest kierunkowskazem…

Sam jeszcze nie rozszyfrowałem całego przekazu tego zespołu, nie odkryłem wszystkich muzycznych, literackich, społecznych i filozoficznych inspiracji.

Wracając do historii, w czerwcu 1974 roku tuż po wygraniu swej muzycznej drogi, opuszcza Rush z powodów zdrowotno-animozyjnych perkusista John Rutsey. Geddy i Alex mają poważny problem. Za chwilę muszą zacząć wypełniać cyrograf z wytwórnią, w tym przypadku wyruszać w trasę po Stanach, a tu brakuje im faceta od bębnów. Ogłaszają w prasie, iż poszukują pałkarza do zespołu z kontraktem, przesłuchania robią w swojej sali prób i niech się chłopy zgłaszają. W tym czasie debiutancki Rush ma premierę za oceanem. 29 lipca zjawił się podczas próby, wysoki i szczupły facet. „Pewnego dnia drzwi naszej sali prób otworzyły się i stanął w nich głupkowato wyglądający młody człowiek z maleńkim zestawem perkusyjnym pod pachą. I sukinsyn zagrał tak, że buty pospadały nam z nóg. W ten sposób do zespołu dołączył Neil Peart” – wspomina ten dzień Geddy Lee.

Neil urodził się w Kanadzie w 1952 roku, część podań sugeruje, iż nie jest on jednak pełnokrwistym Kanadyjczykiem tylko podobnie jak Alex, potomkiem Jugosłowiańskich emigrantów, a jego prawdziwe imię brzmi Nikola Petrović. Ta informacja nie znalazła nigdy oficjalnego potwierdzenia, ani zaprzeczenia. Od 13 roku życia Neil chodził na lekcje gry na perkusji. Do czasu dołączenia do Rush, grał w kilku kapelach blues-rockowych, w których doskonalił swoje umiejętności. Inspiracją dla niego byli tacy wielcy pałkarze jak Keith Moon czy John Bonham, w późniejszym okresie skierował się ku jazzowym mistrzom perkusji takim jak Gene Krupa, Buddy Rich oraz Freddie Gruber. U Gruber’a będzie od 1994 roku pobierał lekcje. Perkusję Peart’a słychać od pierwszych sekund – jest to rozbudowana progresywna kanonada – wszędzie jest jej pełno i cechuje ją niezwykły dynamizm oraz pomysłowość w tworzeniu przeróżnych pochodów i układów perkusyjnych. Neil będzie muzykiem poszukującym i eksperymentującym. Jego instrumentarium będzie bogate począwszy od dzwoneczków, cymbałów, bębnów i talerzy poprzez elektroniczną perkusję, samplery aż po instrumenty regionalne.

Poza wirtuozerską grą Neil Peart wniesie też do Rush swój światopogląd. Rush nie będzie śpiewał o miłości na modłę rockowych i popowych gwiazd, wódce, seksie i narkotykach. Tematami przewodnimi będzie fantastyka, technologia, egoizm, obiektywizm, ateizm, egzystencjalizm, indywidualizm, równouprawnienie, tolerancja, podróże, sens istnienia wyobcowanej jednostki w społeczeństwie. Peart jest zwolennikiem Jean-Paule Sartre’a jego egzystencjalizmu ateistycznego. Będzie podkreślał istotę bytu dla siebie, zagubionego w nicości, dla którego będzie szukał najlepszej drogi, aby ten mógł stać się lepszy, wyjść ponad swe istnienie. Wobec braku moralności będzie wybierał Platońską etykę w postaci: mądrości, męstwa, umiarkowania i sprawiedliwości. Będzie orędownikiem tworzenia istnienia, poprzez rozwój technologii, utożsamiając się z rzeczą. Będzie podkreślał wielokrotnie, iż lepsze jest istnienie świadome poza ogółem, bo wcześniej czy później ogół wykluczy niedostosowane jednostki. Swoisty indywidualizm jest cenniejszy niż masowość, niż równanie do większości. W swoich tekstach będzie też odwoływać się do wolnej woli – mówiąc, iż trzeba świadomie z niej korzystać, odrzucając podszepty zabobonu. Swój lewicowy światopogląd egzystencjalny, uzupełnia liberalną a nawet republikańską doktryny Ayn Rand. Jej Obiektywizm stawia na poznawczy prymat rozumu, na odrzucenie wszelkiej metafizyki – nie ma nic nad rzeczywistość. Etyka Rand’owskiej wizji Świata opiera się na egoizmie, który można uznać za jedyną wartość, w świecie bez wartości. Podstawą światopoglądu politycznego jest kapitalizm. Ta ciekawa konstrukcja ideowa, z pewnymi odchyłami będzie przewodnią myślą filozoficzną, którą przekazywać będzie Rush za pomocą prawie każdego tekstu Peart’a. Randyzm pchnie niemoralny byt na drogę poszukiwania swoistego nadczłowieka, w kierunku samodoskonalenia. Z czasem początkowy radykalizm filozofii obiektywistycznej, zacznie być łagodzony, najpierw poprzez manifest socjalistyczny w obliczu niedorzecznych oskarżeń o promowanie faszyzmu (oczywiście manifest osadzony w kapitalistycznych realiach Randyzmu). Następnie stopniowo wraz z wiekiem muzyka, nastąpi gładkie przejście od Randyzmu do Lewicowego Liberalizmu – żądającego państwa minimalnego, broniącego militarnie przed fundamentalizmem.

W dosłownie dwa tygodnie Peart nauczył się wszystkich partii swojego poprzednika. Całą jesień 1974 roku Rush spędził na trasie, jako support między innymi dla Uriah Heep. W styczniu 1975 roku zespół wszedł do studia, aby rozpocząć pracę nad drugim albumem. Muzycy zdecydowanie podnieśli sobie poprzeczkę, skupiając się na kompozycjach i aranżacjach, stylu, technice gry oraz na tematyce tekstów. Jeśli pierwszy album w większości był o niczym, tak ten musiał mieć temat przewodni. Oczywiście zajął się tym Neil Peart, Lee i Lifeson’owi odpowiadało to, że tekstami zajmie się nowy bębniarz, choć i im zdarzało się coś jeszcze napisać, jednak od 1978 roku wszystkie teksty pisał Neil.

Fly By Night ukazał się 15 lutego 1975 roku i o dziwo został dobrze przyjęty. W Kanadzie płyta zdobyła szybko złoto (w Stanach obecnie przebiła już platynę), tym samym Rush uzyskał tytuł najlepiej zapowiadającego się kanadyjskiego zespołu. Media i prasa muzyczna były dalej nieprzychylne – na szczęście w dzisiejszych rankingach magazynów rockowych album Fly By Night jest należycie wysoko oceniany. Wydawnictwo pozwolił zaistnieć grupie w świadomości tysięcy słuchaczy. Wraz z nowym materiałem zespół nieustannie koncertował. Podobnie jak na Rush, na Fly By Night znalazło się 8 kompozycji, jednak odbiegły one dość daleko od wlekącego się i nierównego debiutu. Album otwiera dynamiczny Anthem anthem– od razu słychać nowego perkusistę, sam utwór bezpośrednio nawiązuje do prozy Ayn Rand jest pochwałą postawy egoistycznej – żyj tylko dla siebie, bo dla nikogo innego nie warto bardziej żyć – święte te słowa, stają się mottem albumu. Kolejną pozycją, na którą zwracam uwagę jest Beneath, between and behind beneath, between and behind– abstrahując od nawiązującego do fantasy tekstu ukazującego jakieś królestwo, w którym dochodzi do upadku lub odsunięcia od władzy klasy nobilów, Rush zastosował bardzo ciekawy pomysł na zdynamizowanie refrenu poprzez podbicie i tak już dynamicznego kawałka. Jednak najważniejszym punktem albumu, okazał się zabawnie zatytułowany kawałek By-Tor and the Snow Dog by-tor and the snow dog. By-Tor i Snow Dog były prawdopodobnie psami producenta Terrego Browna. Oba psy były dość narwane, wobec czego Peart postanowił zamienić je w groźne bestie, które schodzą do Hadesu, aby stoczyć tam śmiertelną bitwę. Śmieszny tekst był tylko pretekstem dla prawdziwej muzycznej uczty – pierwszego w pełni progresywnego numeru Rush. Muzycy podzielili utwór na kilka spójnych części; dynamiczne wprowadzenie, instrumentalną bitwę psich potworów, następnie cudowny niemal klasyczny czas po bitwie – który stopniowo przechodzi w krótki, dynamiczny finał będący powrotem do wstępu. Chłopcy dali w tym utworze popis swych umiejętności, udowodnili że drzemie w nich ogromny potencjał. Oczywiście krytyczna prasa pisała, że Fly By Night to znów dubel Led Zeppelin, jednak słuchając choćby By-Tor and the Snow Dog – każdy mający czyste uszy słuchacz, dostrzeże już na poziomie dynamiki i tempa, że Rush gra zupełnie co innego niż Led Zeppelin. I mimo że Zeppelini to czcigodny zespół, to dla Rush porównanie z nim jest obraźliwe. Ostatnim wartym uwagi utworem jest tytułowy Fly by night fly by night– oparty na prostej melodii, oraz historii niefartownie długiego oczekiwania Neila na odprawę na jednym z Londyńskich lotnisk. Autor swój nadchodzący lot, metaforycznie przyrównuje do rozpoczęcia nowego etapu w życiu, etapu na drodze do szczęścia. Album Fly By Night był krokiem na przód – może jeszcze zbyt chwiejnym i nie równym, ale na pewno milowym! Przybliżając zespół, do osiągnięcia tego wyczekiwanego szczęścia właśnie.

 

Następny odcinek : 1.II.2011

Po licznych problemach z youtube - dodatek dla chętnych, czyli ciąg dalszy dokumentalnego filmu o RUSH.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Dziś mija miesiąc od piątku 24-go grudnia, kiedy ciotka L. doznała udaru mózgu. Miesiąc, podczas którego przeszliśmy w szpitalu przez intensywną terapię, oddział poudarowy oraz oddział rehabilitacyjny – przypominający więzienie. To był bardzo trudnych 31 dni, dni nadziei i wyrzeczeń.

Do więzienia L. trafiła o tydzień za wcześnie, powinna bowiem być dłużej na poudarowym. Ale w polskiej służbie zdrowia wszystko ma swoją makabryczną logikę. Pacjent mający rocznikowo 87 lat, powinien już gryźć glebę a nie zajmować cenne miejsca, na dusznych oddziałach. Na oddziale rehabilitacyjnym można przebywać maksymalnie od 3 do 6 tygodni. Pacjentów nierokujących, wypisuje się po trzech tygodniach.

L. przeleżała tydzień bezczynnie, na tej domniemanej rehabilitacji więziennej – w ciasnej sali z zakratowanym oknem, z plącą się nieustannie, z powodu panującego w środku mroku, jarzeniówką. Rehabilitacja rozpoczęła się w drugim tygodniu, a pod koniec trzeciego ordynator oświadczyła ciotce U. iż jej matka nie rokuje i będzie wypisana w poniedziałek, czyli dziś. U., wyprosiła więcej czasu dla mamy. Po wysłuchaniu litanii – jak to brakuje pieniędzy, że czekają inni pacjenci i że jest kolejka na jedno łóżko, i że L. czeka wózek i tak, więc bez sensu ją tu trzymać – ordynator zgodziła się łaskawie, niedwuznacznie jakby oczekując na jakąś nagrodę, zostawić ciotkę L. do 3-go lutego.

Wieść oddziałowa, niesie się szybciej niż na pudelku plotek, i tego samego dnia rehabilitant prowadzący L., zasugerował U. iż za rehabilitację prywatną bierze tylko 60 złotych za godzinę, i że z nim warto! Dzień później ordynator pochwyciła U., i zaproponowała jej świetną klinikę z oddziałem dla udarowców pod miastem, gdzie można poprzez nią – ordynator, posłać L. Za cały miesiąc jedyne 2500 złotych. Co się później okazało, podmiejska klinika to nie prywatny zakład opieki medycznej – jak się nam zdawało, tylko w pełni państwowy szpital z takim samym oddziałem jak ten, na którym jest teraz L. (no może poza lepszym standardem), w którym nie byłoby żadnej indywidualnej opieki ani rehabilitacji. 2500 złotych, miałoby więc stać się łapówą dla pani ordynator, za łaskawe skierowanie i umieszczenie L. na owym zakładzie. Jakże słodko prawda? Wszystko jest takie uczciwe i w imię prawa w naszym kraju! Nie jest to tylko bowiem atut tego miasta, czy tego oddziału szpitalnego – w całym kraju mamy zabiedzonych lekarzy i ordynatorów w szczególności.

Z dziadkiem I’ była analogiczna sytuacja w tym samym szpitalu. Pacjent nie rokował i został wypisany do domu po trzech tygodniach. Dziadek miał już nigdy nie wstać na nogi. Zanim trafił na rehabilitację, miesiąc przeleżał na intensywnej i poudarowym. Rodzinę I’ było jednak stać na prywatnego rehabilitanta, który pracował z dziadkiem przez pięć dni w tygodniu, przez ostatnie 3 lata życia nestora. Pacjent który nie rokował – wstał na nogi! Cud? Skąd – praca, praca, praca i chęci z obu stron. Dziadek wrócił, był prawie samodzielny i nie wymagał 24 godzinnej opieki. Więc co to za obrzydliwe bzdury wygaduje pani ordynator?

Tymczasem my, co drugi dzień w tygodniu oraz przez weekendy, kiedy nie ma rehabilitacji pracowaliśmy z ciotką. Pracował głównie I’ – przekazując całą paletę swoich bogatych doświadczeń. Wykazując się ogromną cierpliwością i stanowczością – jakiej nauczyła go praca wolontariusza. W okresie studiów, pracował jako wolontariusz między innymi w świetlicy środowiskowej, w hospicjum, w fundacji Pomost oraz jako opiekun upośledzonego dzieciaka na wakacjach TPD, aktywność tą zakończyła choroba dziadka, wtedy cały swój wolny czas poświęcił jemu.

Rehabilitacja oraz praca I’ z ciotką przyniosły efekty. Kiedy na początku pobytu w więzieniu zmuszaliśmy ją do wstawania na nogi, aby swobodnie przesadzić ją na wózek – ledwo na nich stała – wisząc w ramionach I’. Zmuszaliśmy ją do zrobienia jednego kroku, potem do utrzymania równowagi, do różnych ćwiczeń porażonymi i zdrowymi kończynami, wreszcie masaże przykurczonych mięśni i rozciąganie. Wczoraj przeszliśmy z L. 50 metrów, to już trzecia próba ale pierwsza tak udana. Nie potrzebujemy już wózka. Może nie był to samodzielny chód – asekurowała ciotkę córka albo I’, ale nie była przez nich trzymana, nie wisiała na niczyich ramionach. Z trudem i zawziętą miną pokonała dystans, nie było jej lekko, ale ma taką kurewską wolę życia, której jej zazdroszczę, że mimo bólu, fizycznego zmordowania i dzięki ogromnemu wysiłkowi – nadludzkiemu dla tej kobiety w sędziwym wieku – dała radę. I takiego pacjenta nazywa się nierokującym? Co to za sabotaż – tu przecież chodzi o pozbycie się człowieka – bo starym trzeba szybko umierać.

Wracaliśmy do domu nabuzowani niesamowitą energią. Tą egoistyczną i szlachetną satysfakcją. Oto po długim i męczącym miesiącu, pojawiły się efekty, ziarno wydało plon. Oczywiście w głównej mierze dzięki szpitalnej rehabilitacji. Ale nie oszukujmy się – gdyby nie mój mąż – jego poświęcenie, codzienne ćwiczenia aż do rozpoczęcia regularnej rehabilitacji szpitalnej, oraz praca z ciotką 4 dni w tygodniu obok programowych zajęć i lamp. Gdyby nie jego srogie napominania, motywowanie, nagradzanie (jeśli udało się coś osiągnąć), opieprzanie (jeśli nie udało się czegoś zrobić) oraz wyjaśnianie problematyki choroby udarowej, zagubionej w pierwszych dniach ciotce L. Gdyby nie to wszystko, wczoraj nie udałoby się nam przejść, tych kilkunastu kroków.

 

czwartek, 20 stycznia 2011

O Jesus Matko Świnta i Anioły! Depeche Mode i Pet Shop Boys – zmiksowani, sklonowani i po reinkarnacji… i wyszło HURTS. Większość ich debiutanckiej płyty, która ukazała się we wrześniu 2010r. jest średnia, jakaś taka nie wyrazista, ale… W tym kawałku się zakochałem, jeśli oni robią już na pierwszej płycie coś takiego to będą wielcy…

BLOOD, TEARS & GOLD z płyty Happiness (2010)

 

albo to.... bardziej Depeche Boys... BETTER THAN LOVE

Wczoraj był taki radosny dzień, pisałem sobie wtorkowy odcinek… Aż tu nagle przyszły Fakty TVN i zobaczyłem te mordy… Tą bandę debili kłócącą się o rzecz, która mnie kompletnie nie obchodzi. O sprawę, która żadnego praktycznie mojego znajomego nie obchodzi. Mam dość Smoleńska – dość!!! Jak słyszę tą nazwę i kłócące się o nią mordy – szczególnie wczoraj, kiedy osiągnęło to apogeum – do dostaję refleksu żołądkowego. Czy w tym kraju nie ma normalnych ‘kurwa[i]’ tematów??? Mnie jako 25-letniego obywatela tego kraju interesują podatki, sprawy emerytalne, rynek pracy, budowa infrastruktury, gospodarka – ale w tych tematach cisza. Tylko kurewski Smoleńsk i sceny dantejskie, ośmieszające ten kraj w oczach opinii publicznej. Co to za ohydny spektakl… Brzydzą mnie Ci ludzie z jednej i z drugiej strony. Wczoraj gdyby nie Kain, napisałbym notkę flugającą na małego wodza preNSDAP, na skołowanego premiera nieroba, na opozycję od której dostaję wrzodów i na koalicjanta, który zachowuje się jak panna, której pan dobrze nie dogodził…

Byłbym w jeszcze gorszym nastroju gdyby nie demot, który umieściła koleżanka na fejsbóku. Demot, dzięki któremu dane mi było na chwilę zapomnieć to żałosne bagno, który pozwolił zwyczajnie boki zrywać, kiedy uświadomiłem sobie, że TO o mnie w czystej postaci…

demot

 


[i] Zacne to słowo – traktujemy w tym zdaniu jako przecinek podkreślający...

16:17, koffiejames , koffie mix
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 stycznia 2011

Cover FotoRush - 1974

1.Finding My Way 5:06

2.Need Some Love 2:16

3.Take A Friend 4:24

4.Here Again 7:35

5.What You're Doing 4:22

6.In The Mood 3:34

7.Before And After 5:34

8.Working Man 7:10

A więc zaczynamy. Początek zwykle powinien być wielkim uderzeniem, a potem do przodu i jakoś to będzie. Tutaj początki będą trudne, żmudne i nieobiecujące. Ale o czym będzie mowa? O kanadyjskiej Budce Suflera, tak, o fenomenalnej grupie Prog i Hard Rockowej Rush, której historia się jeszcze nie skończyła. Będą to tygodnie z Rush’em, podczas których postaram się przybliżyć ten kompletnie nieznany w tym kraju zespół, jego historię, muzykę i filozofię – która jest też w ogromnym stopniu moją filozofią życia (może jedynie odrzucam ateizm – na rzecz agnostycznego poglądu skłaniającego się ku teizmowi – wierze w Idee...) Notki Rush’owe będą też przede wszystkim pretekstem do kilku moich wspomnień minionej dekady. Ten rok to będzie moja Rosz ha-Szana dla minionej dekady. Mam ogromną potrzebę powrotu do dnia narodzin mojego obecnego życia, do okresu przebudzenia i kształtowania. Do dnia, w którym wstałem rano i stwierdziłem, że jestem nikim, nic nie umiem, nic nie rozumiem i nic nie wiem, do dnia w którym zapragnąłem zacząć wiedzieć, rozumieć, umieć by może kiedyś i tylko dla siebie stać się kimś.

Cover FotoWracając do Rush’a to pojawił się on w moim życiu między wrześniem a listopadem 2001 roku, miałem wtedy dużo wolnego czasu i okazję do poszukiwań muzycznych inspiracji. Od wakacji 2000 miałem obsesję na punkcie Queen, szybko zebrałem dyskografię tego zespołu i katowałem nią moich znajomych. Człowiekiem który w owym czasie był ofiarą mojej muzyki był P. (o którym na blogu kilkakrotnie już wspominałem), z nim to wymienialiśmy się różną muzyką, on to był typowym odbiorcą dla Rush – czytał Nietzsche’go i grał na gitarze. Z racji tego, iż od dawien pogardzał muzyką dla debili – jak określiła to ostatnio Monika Brodka mówiąc o tym, co dziś jest promowane przez rozgłośnie radiowe, uratował mnie przed pójściem od glamowego Queen’a w objęcia ciotki Madonny, na chwałę bogów – dzięki Ci. Podsunął mi jego reformację z chłopca w nastolatka, jaką byli Guns’n’roses, niestety mi nie podeszło, później katowaliśmy różne inne dźwięki, zalewając się potokami dziwnych dyskusji przelecieliśmy Nirvanę potem klasyków, przy których otworzyło mi się ucho na Zeppelinach na Uriah Heep, na Deep Purple a potem na leżących w płytotece mojego ojca Mike Oldfieldzie, na The Electric Light Orchestra, na T.Rex oraz na Scorpions. Był to ciekawy koktajl hard-prog-alt-pop rockowy, który ukształtował moje muzyczne potrzeby. Okazało się, że poza P. większość moich znajomych słucha CIĘŻSZYCH BRZMIEŃ. Kiedy P. poszedł w kierunku metalu nasze drogi się rozeszły, zanim jednak poszedł w owym kierunku jakby preludium do tego stał się Rush i dokładnie 3 albumy na pograniczu progresywnego-hard rocka z wokalami przypominającymi wczesno metalowe zapędy. I Rush jest ogromną inspiracją dla muzyki metalowej oraz traszowej – przyznaje się od choćby do inspiracji Dream Theater, Iron Maiden czy Metallica oczywiście zespołów czerpiących inspirację jest znacznie więcej… W muzyce rock-metall Rush jest jednym z bardziej wpływowych zespołów swojej branży. Mimo to jest też jedną z najbardziej niedocenionych grup muzycznych, co nie przekłada się na ogromne zainteresowanie, jakie budzi każda trasa koncertowa oraz większość nowych wydawnictw. Rush według danych Amerykańskiego Zrzeszenia Wydawców Muzyki (RRIA) zajmuje 3 miejsce pod względem ilości wydawnictw, które zdobyły status złotych, platynowych i muliplatynowych płyt zaraz za The Beatles i The Rolling Stones zdobywając 24 złota, 11 platyn i 3 multiplatyny.

Wszystko zaczęło się w 1968 roku, kiedy dwaj kumple z ogólniaka na przedmieściu Toronto postanowili założyć zespół rockowy. Byli to Alexander Zivojinović syn rodziny Jugosłowiańskich uchodźców i Gary Weinrib, którego rodzice ocalali z holokaustu polscy żydzi, wyemigrowali do Kanady w 1947 roku. Obaj przyszli na świat w 1953 roku. Zivojinović już wcześniej założył inną grupę z Jeff’em Johns’em, kiedy jednak Johns odszedł szybko zastąpił go młody żyd. Na trzeciego dokooptowali do grupy perkusistę Johna Rutseya (*1953). Dzięki Rutsey’owi zespół zaczął grać w kawiarni, znajdującej się w podziemiach kościoła anglikańskiego w Willowdale, zarabiając za każdy występ całe 25 dolarów. Bezimienna młoda grupa przygrywająca bluesowe standardy po różnych knajpkach, dzięki starszemu bratu perkusisty otrzymała nazwę RUSH. Młody zespół bez dorobku i bez szans szybko się rozpadł, Gary Weinrib grający na gitarze basowej oraz wokalista założył własną kapelę. A do pre-Rusha dokooptowano innego świerszcza (basista i wokalista). Zmiany składów były dość burzliwe i mało znaczące aż do przełomu 1970-71 roku, kiedy ostatecznie do Rush powrócił Gary – używający już swego nowego pseudonimu Geddy Lee. Zespół rozpoczął poszukiwania menadżera oraz wytwórni, która by zainteresowała się wydaniem jego muzyki. Menadżer szybko się znalazł w osobie Ray Danniels’a, jednak nikt nie był zainteresowany radosną twórczością tria. Wobec czego z pomocą przyjaciół i menadżera własnymi siłami, oraz stworzonej przez siebie wytwórni Moon Records, nagrali pierwszy singiel Not fade away cower Buddie’go Holly. Wydawnictwo przeszło bez echa (nie weszło też na pierwszy album), tym samym zrażając jeszcze bardziej potencjalne wytwórnie.

Not fade away (1973/74)

Rush postanowił iść na całość i nagrać samemu własny album, tylko z autorskimi kompozycjami. Praca nad albumem była ciężka, sesje nagraniowe odbywano nocami po koncertach, od jesieni 1973 roku. Chłopcy postawili wszystko na jedną kartę, chcieli żyć z robienia muzyki. Zespół miał ograniczony czas i środki finansowe. Muzycy nie radzili sobie z produkcją. Na szczęście pojawił się Terry Brown, który pomógł zespołowi i pozostał ich producentem na długie lata. Brown wprowadził Rush do prawdziwego studia nagraniowego i jak to dziś mówimy: nagrał i zmiksował połowę materiału, który zawarli muzycy na debiutanckim albumie. Album Rush ukazał się w marcu 1974 roku i został przyjęty dość chłodno jako wtórny i naśladujący styl Led Zeppelin, z tą oceną trzeba się zgodzić, debiut był mało oryginalny. Przed wydaniem albumu Alexander Zivojinović ostateczne przybrał nazwisko Alex Lifeson. Zespół rozpoczął lokalną trasę koncertową, grając jako przystawka lub atrakcja balu licealistów. Brown tymczasem rozsyłał kilka wybranych kawałków do rozgłośni w USA no i udało się… Kiedy Donnie Halper postanowiła puścić, jako tak zwany utwór toaletowy Working Man w jednej z rozgłośni w Cleveland (Ohio). Utwór opowiadał o tym, iż należy zerwać z życiem robola pracującego od 8 do 18, bo to nie jest życie jakie by chciał, podmiot liryczny wieść, i trafiło to do serc młodego robotniczego stanu. Telefony rozdzwoniły się głównie z zapytaniem czy Led Zeppelin wydali nowy singiel – nie, nie – odpowiadała dziennikarka – to kanadyjska debiutująca grupa Rush. Dzięki antyrobotniczemu hymnowi, zespołem zainteresowała się wytwórnia Mercury zakładając, iż amerykańska kopia znanej brytyjskiej grupy może się przydać. Podpisano kontrakt na dwa albumy, na dokooptowanie Rush do jednej z tras koncertowych zakontraktowanych przez Mercury, oraz na wydanie debiutu w USA. Rush od tej chwili wiedział, że przyszłość jest pewna. Stało się jednak coś nieoczekiwanego, nagle w czerwcu 1974 z zespołu, który dostał właśnie swoją szansę odszedł John Rutsey. Oficjalnym powodem była cukrzyca i zbyt duża ilość alkoholu, jaką perkusista przy niej spożywał. Nieoficjalnie chodziło o poważne różnice w koncepcji tego, co Rush powinien dalej robić. Rutsey był zwolennikiem kontynuacji prostych kompozycji takich, jakie zaprezentowano na debiucie, tymczasem Lee i Lifeson zdecydowali się na poszukiwanie własnej drogi. Z powodu cukrzycy i powikłań z nią związanych John zmarł w maju 2008, jego odejście w 1974 roku (notabene ostatnia zmiana składu w Rush do dziś) okazało się dla zespołu zbawienne.

Z pierwszego albumu, który jest najsłabszą pozycją w dyskografii zespołu pod względem muzycznym na uwagę moim zdaniem zasługują trzy utwory Finding my way finding my way – utwór otwierający, pokazujący zarazem potęgę wokalu Lee. Wokalu przyrównywanego między Roberta Planta a Burke Shelley’a z Budgie, jest to bardzo wysoki tenor, nad którym aż do początków lat 80-tych Geddy mocno pracował, wyciągając z niego potężny skowyt. W późniejszym okresie, wokalista zmienił swój styl wokalny, znacznie go łagodząc. Drugą kompozycją, na którą zwracam uwagę jest Before and after before and after który mimo Zeppelinowskiego klimatu, jest sygnałem progresywnych ciągot Lee i Lifesona. Ostatnią kompozycją zwracającą tu uwagę jest wspomniany już Working Man working manktórego domagają się do dziś spragnione Rush wypełnione sale i areny.

Dlaczego używam tak topornego odtwarzacza jakim jest wrzuta.pl? Wynika to z tego, iż  po przejrzeniu kilku przeglądarek muzycznych – jakościowo jeśli idzie o dźwięk, nie spodobały mi się inne. Poza tym cały materiał z wrzuty.pl stanowi moją własność.

Kolejny odcinek 25.I.2011 – choć jeszcze może się termin zmienić o dodatkowy tydzień. Wciąż zastanawiam się czy będzie to tygodnik czy dwutygodnik.

Dla chętnych :) poniżej jest część pierwsza filmu dokumentalego, jaki w roku 2010 został zrobiony o zespole Rush. W bardziej klarowny sposób przedstawia opisywany przeze mnie okres.

niedziela, 16 stycznia 2011

To swego rodzaju masochizm i blogo-realiti-szoł, ale traktujemy to jako przyczynek do terapii. Dziś w trzecią niedzielę miesiąca, po raz pierwszy zaprezentujemy publicznie zsumowane wartości naszych wag i szerokości. Niedawno publikowałem żartobliwą notkę o mojej i męża nadwadze. Mimo że to sympatyczne, że potrafimy się z tego śmiać, jest to nasz poważny problem, chorobotwórczy problem. Wobec tego aby publicznie się po-dopingować, będziemy przez cały rok w każdą trzecią niedzielę miesiąca publikować nasze postępy, lub porażki w walce z otyłością. Schudnąć można i nie potrzeba do tego wielkich diet, wyrzeczeń i odmawiania sobie pewnych przyjemności. Należy znać umiar i starać się wdrażać odpowiedni styl życia – który my gdzieś zagubiliśmy. Teraz go poszukamy i zobaczymy co będzie…

Zatem nasze chorobowe cyferki po zsumowaniu są następujące:

Waga : 188 kilogramów.

Talia: 216 centymetrów.

Wzrost: 348 centymetrów.

Cele ostateczne to zgubić zbędnych 40 kilo. Za miesiąc zobaczymy czy są jakiekolwiek efekty, jeśli będą, to opiszę jak udało nam się je osiągnąć!

czwartek, 13 stycznia 2011

Mimo masy wolnego czasu zabieram się za tą notkę jak pies do jeża. Jakaś pogoda dziś mętna jak przez ostatnie dni. Mój zawsze zielony skwerek za oknem wygląda dziś jak pobojowisko. Ściekają z niego resztki śniegu, odkrywając zgniłą liściasto-trawiastą ściółkę. Z głośników płynie „All my love”, tak słucham Zeppelinów, Deep Purple, Yes i Cream, czasem z jótjóba coś The Who. Można powiedzieć że się przygotowuję. Wszystko się i tak opóźnia, tylko leniwe nuty sączą się między moimi uszami, a ośrodkiem percepcji. Czasem wystukuję rytm a czasem nie. Muszę sobie zrobić kawy, jest tak sennie.

W tym tygodniu zaczęła się na poważnie rehabilitacja chorej ciotki, wobec czego doszliśmy do wniosku że od wczoraj będziemy odwiedzać ją co drugi dzień. Jest tak zmordowana po dniu rehabilitacji, że kiedy przybywamy wieczorem nie ma sił nawet żeby usiąść. Mamy wobec czego dzień wolny i dzień pracujący.

Ludzka głupota nie zna granic. Ale pewne sprawy wychodzą dopiero po czasie. I tak się okazało, że zamiast wolnej niedzieli zamówiliśmy sobie dodatkowe zajęcia, w ramach kursu przewodnickiego. Zajęcia obarczone dodatkowo testem z żydowskich świąt i obrzędów, więc cały weekend mam zawalony. Zastanawiam się czy już mam otworzyć okno i zacząć krzyczeć? Nigdzie nie można uciec od sytuacji powtarzalnych, wielkiego koła które częściej lub rzadziej dopadnie cię na twojej drodze, by pacnąć cię w łeb lub w brzuch.

Zostały mi jeszcze do przeczytania dwie-trzy setki stron na sobotę, a na życie ile? Ile komiksów do zebrania, ilu nie kupię i ile będzie po mnie? Lubię siebie, kiedy jestem w takim nastroju…

Kawa usmażona a więc mogę pisać dalej. Dziś sobie mogę odpocząć, I’ wychodzi na jakąś rodzinną imprezę do ciotki. Mnie się na takie imprezy nie prosi, mimo iż ta ciotka wie i mnie zna. Też się z tego powodu cieszę, lubię się zaszyć w ciemnym pokoju podrzemać, poczytać. Na imprezie będzie też mama I’. Jej stosunek do mnie na przestrzeni ostatnich lat się zmienia. W 2008 roku nie istniałem, w 2009 mnie nienawidziła, w 2010 zaczęła rejestrować moją obecność. Ugościła mnie w owym roku dwoma obiadami, w zasadzie robionymi dla synusia. Ale że pomagałem mu pakować jego rzeczy do całkowitej przeprowadzki – której zresztą matka od I’ oczekiwała już od 2 stycznia 2009, kiedy oznajmiła iż synuś ma czas na wyprowadzkę do końca 2009 roku – wobec tego i mi się dostała micha. Nic oficjalnego i pewnie jeszcze długo nic takiego nie będzie. Poprzedni chłopak męża, mimo iż starszy ode mnie, nie doznał takich zaszczytów jak ja. Poza dwuznaczną sytuacją, kiedy mama wcześniej wróciła z nart niż planowała i zastała I’ wraz moim poprzednikiem w negliżu, nie było jakichś rodzinnych spotkań. Ile to było lat temu? Przychodził On do I’ przez ponad dwa lata, a matka się o niego nigdy nie zapytała, nie zapytała się również kiedy zniknął, kiedy z miłości do męża mego zataił, iż dostał się na stypendium doktorskie do Włoch, informując swego partnera na miesiąc przed wyjazdem. Odległość na szczęście zabiła szybko ich związek i od 31 grudnia 2007 mój mąż był do wzięcia. Zanim jednak przepadł na zawsze mój poprzednik – próbował z mamą I’ budować relacje. Przyjął taktykę wkupywania się w łaski, mama dostawała od niego prezenty na urodziny i na gwiazdkę – wszystkie te zabiegi kwitowała stwierdzeniem, iż mój poprzednik to lizus i żeby sobie darował, bo i tak mu się nie uda zaistnieć w jej świadomości. Ja przyjąłem całkowicie inną taktykę, mianowicie zero moich kontaktów z matką I’ oraz ograniczenie do minimum jej relacji z synem (kradzież dziecka). Taktyka ta doprowadziła do wyjątkowo dobrych rezultatów, nie dość że matka od jesieni 2010 zaczęła o mnie wypytywać (zdarzyło się to już raz czy, dwa razy w roku 2009) to ostatnio I’ przyniósł wieść, iż mama zapytała go co byśmy chcieli aby nam przygotowała z jej najlepszych potraw. Przygotuje nie dla I’ tylko dla Nas! Takiego postępu się nie spodziewałem. Z drugiej strony boję się, że dojdzie kiedyś do zbyt dużego otwarcia z jej strony. Nie wiem czy sytuacja obecna nie jest dla mnie bardziej komfortowa, naprawdę wolę zostać w domu niż chodzić na jakieś przyjęcia rodzinne, wesela czy chrzciny. Za wielka tam panuje presja, za wiele osób, za wiele plot i ciepłej wódy, chyba wolę zostać w domu.

 
1 , 2