o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
piątek, 30 stycznia 2009

A oto zapowiadana albo i nie, interpretacja mrocznego snu Maganuny! Który to sen Maganuna zamieściła na moim blogu w komentarzach do notki „słaby, mierny, nijaki” – zapytując publicznie o jego interpretację, a więc interpretujemy, droga Maganuno interpretujemy!

Dla porządku – przypomnijmy sobie sen Maganuny:

„Koffie, śniłeś mi się!

Miałeś chłopaka z Maroka, co się nazywał Farid (I.- wybacz, samo mi się przyśniło...) i własnego ochroniarza! Bardzo dziwny sen. A ja szłam na spotkanie z Wami trzema i błądziłam po ruchomych schodach. Być może I. potrafi ten sen zinterpretować, a wyniki psychoanalizy okażą się dla mnie miażdżące i okaże się, że mój nieulubiony papa Frojd też ma swoje racje? Albo Natalia może ma w senniku oreirowym "KoffieJamesa z Faridem i ochroniarzem na ruchomych schodach spotkać"?

-“

A oto jego interpretacja:

„Droga Maganuno! Jak to ujął Freud w swym wybitnym dziele „O psychicznych mechanizmach zjawisk histerycznych” dzięki analizie wolnych skojarzeń i snów można poznać dynamikę świadomego i nieświadomego, zrozumieć nieświadome procesy myślowe człowieka. Na osobowość człowieka składa się id, które jest źródłem naszych popędów (w twoim przypadku dewiacyjnych, ale mieszczących się według Freuda w akceptowalnej normie). Id kieruje się zasadą przyjemności, a najsilniejszy z popędów to libido, czyli popęd seksualny. Pomiędzy id a światem rzeczywistym staje jednak ego, kierujące się zasadą rzeczywistości (czyli racjonalizmu). A pieczę nad tym wszystkim sprawuje superego, czyli zsocjalizowany w dzieciństwie system reguł i zakazów moralnych. Te trzy składniki naszej osobowości często pozostają ze sobą w konflikcie, mając różne cele. Ale dość tej teorii przejdźmy do twojego ciekawego snu, który według Freuda ujawnił twoje skryte w podświadomości potrzeby. Trzy jest tu kluczem i oznacza, że twoja dewiacyjna osobowość po prostu pragnie trójkąta w seksie i tylko coś takiego może zaspokoić twoje żądze cielesne. Nic innego nie zlikwiduje targających tobą wewnętrznych konfliktów. Chłopak z Maroka i ochroniarz oznaczają, że potrzebujesz kogoś nieznajomego, który byłby silny i cię mocno zdominował. A schody są synonimem seksu oralnego i chyba nie muszę pisać nic dalej, co to o tobie mówi. Po prostu czysta dewiacja osobowości, ale Freud by ci na pewno wybaczył, tak jak ja wybaczam ci ten sen z K.”

take to mean by i.

Reklamacji interpretacyjnej nie przyjmujemy!!!

środa, 28 stycznia 2009

Życie jest procesem zaskakującym. Czasem jesteśmy nad kreską, co zdarza się niezwykle rzadko – wtedy jest dobrze. Częściej jednak jesteśmy pod kreską – wtedy jest źle. Ale za zwyczaj trwamy w martwej równi, po prostu jesteśmy. Wpychając na szczyt naszą kulę, zatrzymujemy się na wygodnej skalnej półce, czasem by odpocząć, czasem by poszukać nowych inspiracji. Nie posuwamy się ani do przodu, ani do tyłu – trwamy rozważając szanse dalszego progresu, zapoznajemy się z możliwym bilansem strat. Wtedy jest czas na naszą pracę, której efektem powinien być kolejny poziom, ale czasem spadamy, i jest to naturalne.

Dziś, teraz – próbuję łudzić się, iż jestem troszkę ponad kreską. Taka wiara może kosztować mnie potężny spadek, a przynajmniej zimne wiadro wody na głowę. Ale jest kilka czynników, które dają mi takie impulsy. Sesja w 2/3 już zakończona. Czekam tylko na jeden ostatni wpis. Jak wszystko dobrze pójdzie otrzymam go 3 lutego. Dziś 28 stycznia, po raz drugi od października 2007 roku, przylatuje z Anglii na króciutki urlop mój przyjaciel P. Przylatuje z cudowną I. Chyba mamy zabukowaną imprezę w sobotę 31-go. Będą tu 11 dni. To mało czasu i ma być zimno. Ale to nic. Ważne jest to ile uda się naczerpać z tych kilku godzin, które dadzą się nam wygospodarować z mojego czasu pracy z jego czasu dla rodziny. Kiedy uda się porozmawiać sącząc zimne piwo. Takie są uroki życia, smaczki dla których warto czekać. Czas jest drogą i teraz najlepiej to widać, że czasem podjeżdżamy na dobry zajazd. Opuszczając potem który, nie poczujemy odrobiny żalu, że tyle godziny odpłynęło bezproduktywnie.

Ostatni raz widziałem go we wrześniu zeszłego roku – o czym i na blogu wspomniałem. Kiedy rozpoczęło się wszystko na murkach – na pl. Komuny Paryskiej – gdzie policja nikogo nie spisuje, bo jak spisać czterdzieści czy pięćdziesiąt osób, poszeregowanych w małe grupki – zaprawiających się do boju w matni nocnych lokali w centrum. Pobiegliśmy potem do Kaliskiej – lokalu, w którym spotkać można raczej śmietankę miejskiego szpanerstwa. Ale co tam, raz na boży rok można się trochę polansować. I zasadniczo moje myśli już powoli obmyślają realne scenariusze dni które nadchodzą…

piątek, 23 stycznia 2009

Dobiega końca kolejny semestr! Wahadło czasu wisi nad moją głową – tak nieubłaganie jak kat, który nie ma ochoty mnie resocjalizować, tylko wykonać wyrok. Pragnę ukraść sobie rok wolności. Takie jest moje prawo! Chcę roku – by się lepiej schować – przed dobijającą rzeczywistością, i zimnem codzienności. Po dobrym tygodniu pora na tydzień zły, choć w moim przypadku zwykle to jest miesiąc. Wracam zmęczony z pracy. Nie mam czasu kompletnie na nic. Nie mam czasu by dokończyć pracę – którą i tak wcześniej już napisałem, tylko trzeba ją jeszcze raz dokończyć. Jestem słaby, mierny, nijaki… Bezpłodnie żyję, mało śpię, wyrosły mi worki pod oczami jakbym się malował czarnym tuszem. Nocą próbuję nadrabiać stracone dnie. Im bardziej robię się zmęczony, tym bardziej robię się zły, wszyscy działają mi nerwy, że czasem mam niektórych ochotę rozszarpać. Zamiast walczyć z życiem tylko syczę, kąsam jadowicie nawet swoich bliskich. Jakbym się chciał na nich wyżyć – dać upust frustracjom – które spiętrza we mnie każda mijająca godzina. W smutnym mglistym deszczu i kapryśnym chłodzie. Zaczynam chyba zbyt wcześnie tęsknić do wiosny – która najlepiej potrafi wypalić całą żółć i ropę – która wzbiera we mnie. Potrafi czymś kompletnie nie wytłumaczalnym – nakłonić mnie do pokory, do merdania ogonem do słońca i bycia szczęśliwym bez powodu. Niech już przyjdzie i pozostanie na zawsze…

Zwykle styczeń w moim życiowym kalendarzu były dobrym miesiącem. Ten nie jest zły, ale nie widzę żadnych rewelacji. A jednak prześladuje mnie ponure wspomnienie z zeszłego roku – prawdziwie nieprzyjaznej historii – z kręgów środowiskowych. Po której do dziś nie potrafię się otrząsnąć, z pewnej dozy wrogości wobec „pewnych ludzi”. Przez którą czasem zapominam o granicach dobrego smaku w ocenianiu „pewnych ludzi”. A najcieplejszym uczuciem, jakie żywię wobec „pewnych środowisk”, kiedy się o nich wspomni to niechęć. Tak, przyznaję się bez bicia, to była moja wina, byłem naiwny, i sam sobie winny. Nie powinienem płakać po tym, co się działo. A działo się dużo – i bardzo nie przyjemnie zaskakująco…

Jeśli znajdę czas,  siły i wolę – wspomnę tu kiedyś tą historyjkę – która nauczyła mnie nienawidzić ludzi – za to że są ludźmi.

wtorek, 20 stycznia 2009

Na naszych oczach dzieje się historia. Jest to niesamowite uczucie. Dlatego musze dziś 20-go stycznia 2009 roku, napisać notkę o zabarwieniu politycznym. Nie co dzień, pośród naszego często monotonnego życia, mamy okazję być świadkami zdarzeń o takim wymiarze politycznym, społecznym, historycznym a nawet poważyłbym się stwierdzić, że i kulturowym. Takich jakie dziś dzieją się za wielką wodą, w Stanach Zjednoczonych. Oto w kraju, w którym poprawność polityczna zaciera ślady licznych uprzedzeń, homofobii, rasizmu. 44-ym prezydentem zostaje czarny senator. Jest to wymiar historyczny! Zdarzenie które cztery, czy osiem lat temu, byłoby nie możliwe. Nie wierzę w Obamę! Nie podniecam się nim jako politykiem. Raczej boję się o to, czy nie trafi go jakaś zabłąkana kula. Oraz o to czy ogromna popularność jaką zdobył, w dobie kryzysu gospodarczego w USA, a co za tym idzie rosnącego bezrobocia, nie zmieni się w równie ogromną niechęć do czarnoskórego prezydenta, wraz z bezradnością administracji i rozpasanymi żądaniami hamburgerożerców. Wydaje mi się, że pożegna się on z urzędem w 2013 roku. Obama jest więc dziś dla mnie tylko wisienką na całym tym torcie zmian. Bardziej zjawiskiem niż nadzieją…

George Michael - Shoot the dog Czyli tym Panom już podziękujemy!!!
Klip opisujący w pigułce lata 2001-2009

Ważniejszą sprawą jest dla mnie to, kogo dziś żegnamy! Świat mówi pa-pa 43 prezydentowi supermocarstwa – ale moim zdaniem mówi pa-pa superterroryście, Walkerowi Bushowi. Ostatnie osiem lat, choć można to nazwać zasadniczo pierwszą dekadą XXI wieku – to lata wojny. Przerażającego barbarzyństwa. 11 września 2001 to koszmarna data. To dzień w którym poczułem strach – to dzień, kiedy zwątpiłem w wiele swoich wartości. Pamiętam jak następnego dnia jechałem do centrum, obleganą przez studentów linią tramwajową numer 15 – jak zatłoczony wagon huczał od zadziwionych głosów młodych ludzi. – Stało się wtedy coś bardzo złego, coś niewyobrażalnego. Potem wybucha wojna, USA dokonuje agresji na Afganistan. Był to ruch w owej chwili konieczny i słuszny – do dziś popieram wojnę z Talibami, nie zmieniło się moje zdanie. Tylko że żądny krwi i przede wszystkim głodny ropy Walker wraz ze swoim kumplem Tonym Blairem – premierem Brytów – dokonali w roku 2003 morderczej inwazji na Irak. Biedny kraj rządzony co prawda przez lokalnego, ale jak się okazało niegroźnego dyktatora. Kraj w którym wymordowali setki tysięcy ludzi. W którym zamiast utopijnego pokoju, wprowadzili zabójczy chaos. Poświęcając dla bezsensownej wojny miliardy dolarów. – Opróżniając kasy swoich państw z dobroczynnych nadwyżek – przyczyniając się tym samym w ogromnym stopniu do kryzysu finansowego i tych zmian politycznych które stają się już rzeczywistością. Kiedy rozpoczęły się bombardowania Bagdadu w marcu 2003 roku, i jedna z polskich stacji telewizyjnych zamiast punktualnego „dobry wieczór” pokazała dwuminutową wstawkę na żywo, z bombardowanego miasta, które uchwycono z kamer hotelu dla dziennikarzy, moje myśli zamarły na dwie minuty – słyszałem tylko wybuchy i widziałem światełka eksplozji – po plecach przebiegły mi ciarki. Zrozumiałem kim jest Walker Bush i Tony Blair. Doszło do mnie, że oto mamy do czynienia z ludźmi, którzy bezwzględnie owijając się jak ulicznice, we flagi swoich krajów – i powołując się na jakieś chore wartości – BEZWZGLĘDNIE MORDUJĄ LUDZI. Że to zwykli mordercy, zbrodniarze, którzy boją się załatwić sprawę naprawdę niebezpiecznego Iranu, kosztem słabeuszy takich jak Irak. Że pokazują swoją władzę i okrucieństwo za pomocą swoich bomb!

Dlatego ten dzień jest tak ważny, bo po ustąpieniu Blaira w 2007 roku, dziś odchodzi ostatni zbrodniarz upływającej dekady, Walker Bush zwany Georgem. Szkoda że się nie udławił swoimi preclami, na początku pierwszej kadencji – może świat byłby dziś inny(?)

20-go stycznia 2009 roku kończy się pierwsza dekada nowego wieku – chcę wierzyć w to, iż kolejna którą dziś zaczyna Obama – będzie okresem spokoju i wylizywania ran. Nie żądam zakończenia konfliktów, które zapoczątkowali odchodzący od władzy przestępcy – tylko proszę o to, by nie zaczął się żaden nowy. Bo zabić można w sekundę, ale uleczyć ran – nie da się przez pokolenia. Zacznijmy je dzisiaj leczyć!


Dziś 2 blogowe urodziny obchodzi Maganuna! Gratuluję Ci stażu moja droga!!! I oby przez następne lata długie, trwała twoja literacka podróż. Najlepszego Nuno-Maganuno!!! Stu lat pisania Bloga.


Łódzka prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie śmierci Marcjusza. Człowieka którego znałem i szanowałem. Zginął potrącony przez samochód. Pisałem o tym tu  http://justaboy.blox.pl/2008/08/juz-po.htmlDziś na TVN24 w programie „Prosto z Polski” był o nim i jego śmierci reportaż. Łączę się w walce o sprawiedliwość z Agnieszką, Przemkiem i rodziną Marcjusza.
20:05, koffiejames , koffie mix
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 stycznia 2009

Napiszę dziwną notkę. Aż mnie ona przeraża :p Ale upływa mi właśnie dobry tydzień – tak dobry, jakiego dawno nie miałem. Nawet oszczerstwa złych ludzi nie wprawiły mnie w zły nastrój. Normalnie od poniedziałku wszystko się układało rewelacyjnie. Każdy dzień był miły, każdy pełen życiowych atrakcji i miłych spotkań. Każdy wieczór inny i napawający optymizmem. I szkoła była i praca była, i nie wydałem za dużo, a bawiłem się przednio. Czasem tak się dzieje. Zwyczajnie że jest miło, a nawet super-fajnie i nie wiem dlaczego, co jest tego przyczyną, że nie mam, na co narzekać. (No może poza moim kolegą, który maltretuje mnie na NK, wysyłając mi zaproszenia od „Przeciwników Feminizmu”. – A wie o tym, że nigdy tego zaproszenia nie zaakceptuje, mimo iż moje poglądy są wyśrodkowane nie jestem przeciwnikiem „Feminizmu”, cokolwiek to hasło znaczy z aborcją, i zapłodnieniem in vitro na czele. Ale traktuję zabiegi tego młodego człowieka, jako element mojego życiowego folkloru i nawet sprawia mi radość klikanie ikonki odrzucającej zaproszenie). – Nie dzieje się to często w moim życiu, ten stan który można określić rewelacyjnym samopoczuciem psychicznym – więc czuję się jak oświecony – przez jakąś niebywałą mądrość. Jest dobrze i chcę by tak zostało. – Ale może jest tak troszkę, tak „super” ponieważ uciekłem od swoich problemów, troszkę jakbym łopatą odśnieżył życie, zwalając wszystkie problemy na później. Cóż… Coś za coś, zawsze jest jakaś cena…

piątek, 16 stycznia 2009

Widzę jak bardzo stał się popularny już mój blog. Bardzo, jest poczytnym źródłem informacji na mój temat. Moja wina – racja! Ale robię bloga dla siebie i dla czytelników. Ale nie piszę go dla pewnych środowisk ludzkich (k, m, p, sk-s, i in. wykolejeńców), dla tych państwa nie piszę!!! Ale cóż dziś muszę wspomnieć i o nich! Dwa dni temu dowiedziałem się od bliskiej mi osoby (która od bliskiej jej osoby się dowiedziała) – kim to ja nie jestem, jak się zachowuję, gdzie z kim co robię, jakie noszę ksywy tam i tam, i kto, skąd i dlaczego mnie nienawidzi… Pięknie! Wyszło na to, że jestem po prostu najgorszym… Fakt, bywam czasem bardzo, bardzo nie miły. – Po prostu pewnych ludzi i ich miłośników, popleczników, obrońców, zwolenników – NIE TRAWIĘ, (z powodu delikatnego i wrażliwego żołądka – nic na to nie poradzę, przykro mi). Co ciekawe dopadła mnie tym donosem, przeszłość z cholernego zakładu, z maszynkowni! I co najlepsze cała sprawa rozegrała się jakby w dwóch rozdziałach (nieprzyjemnych scysji między-pedalskich) w sierpniu 2007 i sierpniu 2008. W każdym razie osobnik szkalujący mnie znał doskonale kilka faktów z mojego życia, – mógł je przeczytać na blogu! Tylko w maszynkowni z nikim się nigdy nie dzieliłem swoją prywatnością – bo nikogo tam nie lubiłem. Mogli mnie odnaleźć na profilach – ale z nich by nie mieli takiej wiedzy. No cóż ciekaw jestem co to znów za nowe wydarzenia się szykują – bo cała sprawa jest bardzo rozwojowa, przynajmniej od dwóch dni. Ale o dziwo – poza zaciekawieniem – nie napadła mnie wściekłość – oszczerstwa, które są na mój temat, są tak nieprawdopodobne – że nawet ludzie z mojego kręgu dalszych znajomych, będą w stanie potwierdzić, iż powiedziano o mnie totalne bzdury. A to że nie dopadała mnie wściekłość chroni na tą chwilę, prywatność kilku osób, które jawnie prowadziły ze mną wojnę w maszynkowni od wakacji zeszłego roku. Oraz kilku innych złośliwych ciot z tego zakładu, powiązanych w jakiś sposób z moimi znajomymi. Widzę że raz do roku zabawa w detektywa musi mi się trafić – na razie mamy – mistyczne pseudo i domniemane miejsce pracy. Ale spokojnie inwigilacja to coś, co Koffie lubi najbardziej. A zresztą ze sprawą, którą miałem dokładnie rok temu – nic nie może się już chyba równać!

Ta notka jest dość enigmatyczna – przepraszam musi taka być!

środa, 14 stycznia 2009

Dopadł mnie chyba kryzys notki 201. Bo co dalej dopisywać do tak bogatego dorobku? Może lepiej zamilknąć i resztę złotych myśli upublicznić pośmiertnie? ;D Dlatego autor postanowił się trochę uzewnętrznić. Poddać się samokrytyce, zdobyć się na autorefleksję… ;p


Koffie ma jednak czasem szczęście. Trafia mu się ono jak ślepej kurze ziarno. Przez lata udało mu się nabyć umiejętność prześlizgiwania się, między kołami życia bez najmniejszego uszczerbku na zdrowiu. Zawsze udawało mu się wciskać kit wszystkim naokoło, jaki to Koffie nie jest wspaniały! Ale pewnie po prostu wygląda jak ta ostatnia ofiara – więc każdy mówi mu: „masz synku idź z bogiem żeby tylko ci się nic nie stało”. I tak wije się jak padalec przez życie, będąc swoistym zjawiskiem na rynku dziwolągów. Dziś zabiegany profesor zapomniał mu o jednej więcej nieobecności, i nakazał tylko przykładnie oddać pracę – którą już Koffie napisał, na coś tam (kiedyś tam). Tylko ją z lekka poszerzając o wątek techniczno-technologiczny. Koffie naiwnie przyznał, że już taką pracę pisał i że nie ma do niej miliona źródeł, tylko parę źródełek – do tego zatrutych trucizną kłamstwa. Na co profesor przytaknął i kazał i-tak oddać na zaliczenie. Potem na seminarium – znów udało mu się wkupić w kolejne łaski. – Po wystąpieniu koleżanki – poruszając dyskusję o wyzwoleniu umysłowym kobiet, a czerwonym radykalizmie gospodarczym. – Którą to dysputą wpasował się w zamiłowania ex-rektora swojej uczelni. – Który promuje jego pracę magisterską – dysputa zakończyła się na prognozach kryzysowych roku 2009 i przekroczyła o czterdzieści minut czas seminarium, ku wściekłości młodzieńczych współtowarzyszy. Zastanawia mnie to czasami jak bardzo Koffie robi to z wyrafinowania. Wierząc iż tymi metodami nabija sobie punkty – a jak bardzo postępowanie jego pobudzane jest zwykłą naiwnością i brakiem konstruktywnych podstaw wiedzy. – Polegając na znanym motywie wprowadzenia kogoś w dryf myślowy… Czyli innymi słowy pogadajmy o czym chcemy, bo wiemy jakie słabości ma wykładowca i czym go wciągnąć w odlot umysłowy… Eh ten Koffie, niedobry Koffie James…         
niedziela, 11 stycznia 2009

Motyw powrotu, bardzo silnie związany z moim charakterem. Powrotu do sentymentalnej przeszłości – wystarczy mały bodziec, zwykła piosenka w radiu, abym się wyłączał na cały dzień. I nie był zdolny przez to nic robić! Poza powracaniem do przeszłości, do legend swojego życia, i rozdrapywania błędów. Powracam myślami do prawdziwych uczuć… Tak… Do czegoś, co jest wymysłem wielkiego ekranu kina amerykańskiego. Nie istnieje miłość i czuję się oszukany. Są tylko niezbędne relacje wzajemności. Kiedy ja jestem wzajemnie odpowiedzialny za Ciebie, a Ty za mnie. Kiedy ja gotuję, Ty obsługujesz zmywarkę. Kiedy ja umieram, Ty szukasz następnej wzajemności – bo tak jest po prostu łatwiej i bardziej ekonomicznie. Taka jest kolej rzeczy – na torach pokoleń. Prąd jest tańszy i za komorne na pół można płacić. Łatwiejsza jest też ucieczka, od zbędnego sentymentu. Nie dajcie się oszukać – nie chodźcie na amerykańskie produkcje. Nie ma bezinteresowności, jest tylko utajony egoizm. Nie ma partnerstwa ani braterstwa, jest tylko wzajemność – substytut emocjonalności. – Jesteśmy przedmiotami świadczącymi sobie wzajemnie drobne usługi, jesteśmy produktami wzajemności…

 


Ta notka była moim 200 wpisem na blogu!!!

Straszna grafomania, przepraszam za pozostałe 199 :)

 

sobota, 10 stycznia 2009

Mimo pozorów tego, że zaczyna mi się coraz lepiej układać. Wracam do zdrowia, odebrałem dobre wyniki przesiewowe itd. Zaczyna narastać we mnie z potworną siłą frustracja, która spowodowana jest moim uwięzieniem w domu. Uciekają mi dni, w które mogłem pracować, a zależy mi teraz na pracy, bo odkładam na wyjazd do Warszawy na marzec. Spowodowana jest też tym, że robią mi się zaległości na uniwerku. Uciekły mi zajęcia we wtorek, a musze się jeszcze uporać z jedną pracą do napisania, jak jej nie napiszę teraz, już, na wczoraj. – To znów dojdzie do kolizji z moją pracą zarobkową! Od kilku dni jestem po prostu permanentnie zły. Nosi mnie i rzucam kurwiki na lewo i prawo. – Może brzmi to śmiesznie, ale pokłóciłem się już z kilkoma osobami, i raczej nic nie wskazuje na to, że te słowne potyczki zakończą się – zwykłą olewką, że jakby nic się nie stało! Napięta sytuacja panuje w moim domu – bardzo napięta. Dziś czekają mnie kolejne awantury – pora rozprawić się z kolejnymi postaciami, które już sobie pozwoliły na zbyt wiele wobec mnie, za daleko wbiły swoje pazury – więc trzeba im uciąć łapy! Afery u mnie wyglądają tak, że ni z tego ni z owego zaczynam się pruć, aż robię się cały czerwony, – jest to metoda krótka, którą można porównać z erupcją. Drugi mój sposób prowadzenia argumentacji, to dyskusja polegająca na powracaniu do jednego wątku – robiąc coraz silniejsze aluzje i złośliwe komentarze do osoby, której się sprawa tyczy. Drugiej metody używam, kiedy jestem mocno poirytowany, ale nie kiedy jestem wściekły. Wychodzę z domu, w którym zaszczepiono we mnie, pewien histeryczny ton prowadzenia rozmów na tzw. wysokich obrotach. – Więc dla moich współ-kłótników – zwada ze mną nie bywa przyjemna – bo kiedy oni podnoszą głos, to i ja go podnoszę, a mam bardzo donośny głos jak już zacznę… Kiedyś mój sąsiad powiedział, że słyszał mój krzyk na drugim końcu osiedla, – troszkę głupio mi się wtedy zrobiło i powiedziałem sobie, że już nigdy więcej nie pozwolę sobie na taki wstyd. Oczywiście było to nie realne, – bo mój despotyczny charakter – nie potrafi być spokojny – a kiedy wpadam już traumatyczny wywód to nikt nie potrafi mnie powstrzymać. – A na pewno nie kontroluję tego, co i jak głośno mówię! Podobno mam to po mamie – podobno nie lubiła sprzeciwu, podobno budziła posłuch… Na pewno u mojego ojca – który chodził u niej jak zegarek – wtedy nauczył się prać, sprzątać, zmywać i gotować…

A, jeszcze jutro ten festiwal dobroczynności! – Nie udzielam się w takich jarmarkach! Nie jestem dobroczynny, nie widzę sensu takich akcji. Choć Owsiaka cenię za charyzmę, – ale za nic więcej. Jedyną złotówkę wrzucam na ratowanie zabytkowego cmentarza w moim mieście. – Bo jest to, chociaż na ratowanie skarbów kultury – a ludzi i tak mamy za dużo na świecie – więc jak ich ubędzie, to nic się nam nie stanie… Nawet lepiej!!! A prawdę mówiąc – znienawidziłem wszelkie zbiórki i akcje charytatywne po 1997 roku. Kiedy podczas powodzi Caritas ukrywał chleb pod brudnymi łachami. – Żeby klechy się mogły nażreć! Powódź mnie przeraziła – jest to jedno z najbardziej niemiłych wspomnień z lat 90tych. Pamiętam jak pokazywano wioski, które zabierały rwące fale i staruszki stojące na workach z piaskiem, płacz i strach ludzi – i rozpacz po stracie dobytku. To było straszne! A ci bandyci, cholerne czarne pingwiny kradły chleb!!! Chleb który szedł z darów dla powodzian – pieprzeni złodzieje! Potem usłyszałem jeszcze o kilku innych fundacjach charytatywnych, i o ich przekrętach, i powiedziałem sobie – nigdy więcej ani grosza, ani złamanego grosza…

14:24, koffiejames , koffie mix
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 stycznia 2009
Kaliber 44 - Plus i Minus
Badanie pacjenta numer 15554 w kierunku obecności wirusa HIV. Wynik jak następuje: nie stwierdzono HIV, test ujemny. Kiedy tam byłem w tym punkcie, w grudniu na pobraniu próbki do badania, zanim dokonywano zabiegu była spowiedź u lekarza. Było z tego trochę czasu oczekiwania, więc patrzyłem na wychodzących z gabinetu ludzi. Jednych po wywiadzie, drugich po wynikach. Wśród tych z wynikami po twarzy można było rozpoznać co jest. Jeden koleś około 30? Wybiegł z gabinetu, cały się trząsł, jego oczy utkwiły w jakby w martwym punkcie, był cały spocony, chciał do toalety – to zaprowadziła go pielęgniarka. Potem kiedy wrócił z kibelka, zaczął wołać spazmatycznie do ludzi, jak wyjść z tego punktu. Co o tyle było przerażające, że ten punkt badania przesiewowego w kierunku HIV, składa się z korytarzyka i dwóch czy trzech gabinetów, oraz oznakowanego wyjścia!!! Ten chłopak dostał wyrok, – a na twarzach wszystkich oczekujących, czy to na wywiad, czy to na wynik – wymalował się jakiś blady wyraz twarzy, zapanowała dłuższa chwila milczenia, ludzki strach… Nikt mu nie potrafił wskazać tego cholernego wyjścia, dopiero zirytowana pielęgniarka ryknęła: TAM!!! I wyszedł. No (uff) było to dość mocne jak dla mnie przeżycie. Więc po oddaniu próbki miałem największego pietra. Wyniki odbiera się bez kolejki, jeśli tak to można nazwać, choć też z każdym pacjentem jest 10-15 minutowa rozmowa. No chyba, że ktoś wchodzi po wyrok wtedy jest dłużej – dziś los był łaskaw dla wszystkich. Kolejne testy w Kwietniu!           
 
1 , 2