o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Archiwum
O autorze
środa, 14 listopada 2018

   jazz

10-ego listopada minęła 40-ta rocznica ukazania się siódmego albumu grupy Queen zatytułowanego Jazz. To ostatnie wydawnictwo zespołu zmykające lata 70-te i robione bez zupełnie żadnej spiny. Zespół na wcześniejszych płytach ugruntował swoją pozycję – jako supergrupy grającej przebojowego glamrocka, pierwszy raz nie musiał nic nikomu udowadniać. Dlatego wreszcie można było pozwolić sobie na zrobienie albumu, który nie musiał zawierać szlagierów ani zaspakajać kieszeni głodnych pieniędzy wydawców z tego też powodu Queen poszedł drogą eksperymentu i czystej zabawy.

Freddie mógł oddać się fascynacjom swoim bliskowschodnim pochodzeniem, a reszta chłopaków zrealizować swoje marzenia. Jazz jest bowiem kompozycyjnie jednym z najbardziej demokratycznych wydawnictw Queen, każdy z członków zespołu ma tu swoje muzyczne pięć minut, a wszyscy trzej wokaliści, czyli poza Freddiem – gitarzysta Brian May i perkusista Roger Taylor – śpiewają do swoich kompozycji – i wszyscy zdają się szczęśliwi, co nie było wcale czymś naturalnym w Królowej. A finalnie wychodzi jedno z najlepszych wydawnictw Queen w historii zespołu.

Choć początkowe przyjęcie krytyki było bardzo zimne i prześmiewcze – znów ten nudny pastisz – pisano. Współczesne recenzje skupiały się na podmiotowym i seksistowskim traktowaniu kobiet za utwór Fat Bottomed Girls oraz za Bicycle Race dwa przeboje promujące album – pierwszy miał obrażać kobiety w warstwie lirycznej, drugi w postaci klipu promującego singiel gdzie pokazano wyścig nagich kolarek. Nawet oskarżano zespół – raczej żartobliwie o ciągoty faszystowskie – co jest zupełnie niedorzeczne. Zresztą seksizm w przypadku Queen to też pomyłka – to był sam seks bez trzymanki, do tego karły i kokaina. Na równi z negatywnymi, pojawiło się też i dziś również pojawia wiele pozytywnych recenzji. Jazz to album w pełni przemyślany, pełen dojrzałych kompozycji okresu rockowego Queen, pojawiają się na nim również interesujące eksperymenty czerpiące z disco czy jak otwierający album Mustapha z religijnych motywów islamu – są na albumie również dwie zapomniane dziś ballady, pośród których najpiękniejszą jest Jealousy z orientalnie brzmiącą gitarą i klasyczną popową konstrukcją.

Jazz kończy epokę rockowego Queen i pokazuje nowe zainteresowania muzyczne zespołu, który będzie zmierzał do muzyki disco i funk. To bardzo sympatyczny album dla tych wszystkich, którzy mają dość klasyki Queen – stanowi pomost między gatunkami, w których zespół szukał swojego nowego miejsca w muzyce.      

 

 

 

 

 

 

 

1.Queen-Fun It

2.Queen-Jealousy

3.Queen-If You Can't Beat Them

wtorek, 13 listopada 2018

Duszki dookoła, demony w głowie, diabły coś szepczą do ucha, a za rogiem czyha już kostucha…

Wszyscy zmagamy się na co dzień z własnymi lękami i nadprzyrodzonymi istotami – które być może są, albo je zmyślamy by bać się bardziej. Ale najstraszniejsze potwory znajdują się obok nas z krwi i kości – zazwyczaj pełne życia i nienawiści…

Znów wracam do tych listopadowych grobowców – w muzyczne zaduszki… Tym razem Coil wykonuje znakomicie kower grupy Current 93 All The Pretty Little Horses. Ku pamięci Johna Balance.

 

 

Hush-a-bye

Don't you cry

Go to sleepy little baby

Go to sleepy little baby

When you wake

You shall have

All the pretty little horses

All the pretty little horses

 

Blacks and bays

Dapples and greys

All the pretty little horses

 

Way down yonder

In the meadow

Lies a poor little lamby

Bees and butterflies

Flitting round his eyes

Poor little thing is crying

"Mammy"

 

Go to sleep

Don't you cry

Rest your head upon the clover

Rest your head upon the clover

In your dreams

You shall ride

Whilst your mammy's watching over

 

Blacks and bays

Dapples and greys

All the pretty little horses

 

All the pretty little horses

All the pretty little horses

All the pretty little horses

 

 

 

 

 

 

 

Coil-All The Pretty Little Horses

 

 

poniedziałek, 12 listopada 2018

Stan Lee

Dziś rano zmarła ikona popkultury Stan Lee.

Choć nie jestem wielkim fanem komiksu superbohaterskiego, to jednak jego rola w bawieniu, a przede wszystkim kształtowaniu społeczeństwa amerykańskiego jest bezdyskusyjna. Rola komiksu jako nośnika, popularyzatora oraz medium kreującego trendy – jest w USA niezaprzeczalnie pierwszoplanową przed literaturą i innymi składnikami kultury (i popkultury) w XX wieku. A nawet być może do 2018 roku, pomimo znaczącej liczby spadków sprzedaży komiksów superbohaterskich w XXI stuleciu. To komiks jako najszerzej społecznie dostępne medium, wprowadza jako pierwszy na przykład postacie homoseksualne do głównego nurtu opowieści. Od homoseksualnych zwyrodnialców po pierwszy gejowski ślub, który zagościł nawet na okładce jednej serii z linii Astonishing X-Man w czerwcu 2012 roku, kiedy Northstar (najstarszy i pierwszy oficjalnie wyałtowany gej Marvela) poślubił Kyle’a Jinadu – a było to trzy lata przed wejściem równości małżeńskiej w roku 2015 w USA. Ale nie byłoby tego wszystkiego gdyby nie rewolucja, jaką zaproponował Stan Lee w drugiej połowie XX wieku w komiksie amerykańskim.

 AXMwed

Stanley Martin Lieber po ukończeniu szkoły średniej, na początku lat 40-tych XX wieku podjął pracę pomocnika w wydawnictwie Timely Comics. Wtedy też zmienił imię na Stan Lee, nie chciał być kojarzony z komiksami i marzył o pisaniu wielkiej literatury pod nazwiskiem Lieber. Był zdolnym młodym człowiekiem i błyskawicznie awansował na zastępcę redaktora – przy okazji uzupełniając teksty do wielu wydawanych serii. Nastała Wojna, Lee zaciągnął się do armii – zeszło mu kilka lat życia, potem próbował szczęścia w innych zawodach, aż wreszcie na początku lat 50-tych wrócił do swojego matecznika – noszącego już zmienioną nazwę wydawnictwa Atlas Comics. Dostał tam do prowadzenia kilka serii – które nie osiągały wielkich wyników. Znudzony Lee po dekadzie pracy w wydawnictwie – bliski był rezygnacji ze stanowiska i poszukania innego zajęcia – kiedy szefostwo zaproponowało mu napisanie czegoś autorskiego, innego od komiksów ukazujących się dotychczas w USA.

Tak zaczyna się rewolucja w komiksie amerykańskim, która przypadła na lata 60-te XX wieku. Lee po pierwsze zaproponował zmianę nazwy wydawnictwa na Marvel Comics, a następnie podobno za namową żony – postanowił napisać komiks, który poruszałby problemy społeczne oczywiście pod płaszczykiem superbohaterskim. Multimilioner Batman czy pomnikowy Superman nie wspominając innych odrealnionych bohaterów wydawnictwa DC – nie byli dla społeczeństwa doby przemian społecznych, wojny w Wietnamie, walki z segregacją, buzującej rewolucji seksualnej czy zimnej wojny – żadnymi wzorcami do naśladowania. Społeczeństwo szukało identyfikacji – postaci wspierających ich bunt i podzielających rozterki codzienności nowej epoki i to doskonale wyczuł Stan Lee. Niezależnie od tego czy projekty podpisywał sam swoim nazwiskiem, czy pozwalał rysownikowi na ingerencję, (co było zupełną nowością – odpowiedzialny za część graficzną i wszystkie inne elementy jak tusz czy kolor, do tamtej pory byli najczęściej anonimowymi wyrobnikami – Lee był zwolennikiem partycypacji autorów w tworzonym projekcie) wszystkie projekty Stana Lee okazały się nadzwyczajnym sukcesem. I w taki sposób niewielkie wydawnictwo Marvel przemieniło się w giganta biznesu komiksowego.

W ten oto sposób Stan Lee w latach 1961-1965 stworzył następujące serie: Fantastic Four, Hulk, Iron Man, Thor, X-Man (serie narysowane przez Jacka Kirbyiego), Daredevil (z rysownikiem Billem Everettem) oraz najpopularniejsze Dr. Strange i Spider-Man (z rysownikiem Stevem Ditko). W swoich komiksach Lee stawiał duży nacisk na walor edukacyjny, antyrasistowski oraz antynarkotykowy. Poruszaną tematyką często zwracał na siebie uwagę Comics Code Authority (CCA). Samozwańczej, środowiskowej organizacji cenzurującej komiksy w USA od chwili powstania w 1954 roku. Sprzeciw Lee wobec negatywnych decyzji CCA doprowadził do marginalizacji znaczenia tej organizacji i poszerzenia tematów, o których można było swobodnie opowiadać na stronach komiksów. Dzięki sprawnemu działaniu i znalezieniu wsparcia w podmiotach rządowych, które zlecały Marvelowi zrobienie komiksów edukacyjnych poruszających dotąd zakazane przez CCA tematy – negatywne oceny organizacji stały się tylko głosem doradczym dla konsumentów, informując że treści znajdujące się w danym komiksie są cenzuralne, (jeśli na okładce widniał certyfikat CCA) lub mogą nieść treści obrazoburcze. Dzięki działaniom Stana Lee – negatywne opinie cenzora – przestały blokować wydawanie komiksów. W roku 2000 tylko trzy wydawnictwa zabiegały jeszcze o certyfikaty, a od 2011 roku nie robi tego już żaden wydawca na rynku amerykańskim.

Stan Lee przez chwilę był prezesem wydawnictwa Marvel, ale to nie sprawiało mu radości, to nie pozwalało mu pisać ani reformować wydawnictwa. Bardzo zależało mu na kontakcie z czytelnikiem – stworzył w komiksach strony klubowe, zamieszczał tam listy od czytelników oraz powołał komórkę do spraw kontaktów z odbiorcami, która odpowiadała na dziesiątki listów – którymi zasypywane było codziennie wydawnictwo.

W połowie lat 70-tych Stan Lee wycofał się z aktywnego pisania serii. Jego rola w wydawnictwie zmieniła się, stał się jego najbardziej rozpoznawalną twarzą – ikoną ściągającą tłumy na liczne stanowe festiwale i konwenty. Swoją siłę popularności – postanowił przenieść w nowy projekt – przeniesienie komiksowych uniwersów na wielki i mały ekran. Na początku lat 80-tych przeniósł się do Kalifornii, gdzie ten projekt udało się zrealizować – w niespiesznym tempie rozpędził wielką marketingową lokomotywę hiper-biznesu filmów i seriali animowanych oraz fabularnych. Od 1982 roku regularnie pojawiał się w niemal wszystkich tego typu produkcjach sygnowanych przez Marvel w postaci drobnych ról, w dubbingach, na plakatach ze swoją podobizną umieszczonych w scenografiach itd. Stał się tym samym jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci na Świecie.

Stan Lee jest synonimem spełnienia amerykańskiego snu, chłopak po szkole średniej, który marzenia o karierze pisarskiej zamienia na jeden z największych sukcesów w popkulturze. Tworzy ikoniczne postacie, rozprawia się z cenzurą, wreszcie dzięki znakomitemu wyczuciu – które go nigdy nie zawiodło, przenosi swoje fikcyjne dzieci oraz kolejnych bohaterów wydawnictwa do nowych mediów, do kin, kablówek oraz na ekrany komputerów w postaci gier. Końcówkę życia spędza, jako rozchwytywany celebryta, każdy chce, bowiem dotknąć żyjącej legendy…  

 

Na oceny najspokojniejszego od przeszło 7 lat marszu niepodległości jeszcze przyjdzie czas. Być może Andrzej Duda spije z tego polityczną śmietanę i przysporzy sobie poparcia pośród niezdecydowanych? Prawda jest jednak taka, że w Świat poszły zdjęcia wojska polskiego maszerującego wespół z zamaskowanymi mężczyznami niosącymi sztandary i flagi ONR-u. A rzeczywisty marsz biało-czerwony to dwa zupełnie nieprzystające do siebie zgromadzenia. Pierwsze niewielkie, rządowe w szczelnym kordonie wojska i innych służb z zadziwiająco koncyliacyjnym przesłaniem, drugie potężne z tłumami ludzi – wśród których, pomimo licznych interwencji straży marszu, pojawiły się zakazane elementy pirotechniczne oraz hasła faszystowskie na transparentach i flagach – nie mówiąc o okrzykach. Nie robili tego wszyscy uczestnicy marszu niepodległości – nie wolno dokonywać generalizacji – niemniej niedozwolona symbolika była eksponowana. 

Najbardziej niechlubne zachowania tzw. narodowców miały miejsce we Wrocławiu – gdzie rozwiązano marsz.

My wraz z I’ uczestniczyliśmy częściowo w Paradzie Niepodległości w naszym mieście, gdzie nie pojawiły się poza flagami państwowymi żadne dyskryminujące elementy. A następnie udaliśmy się zaczerpnąć kultury do muzeum…  

 

sobota, 10 listopada 2018

hej warszawiaki, nakurwiają rosomaki      

Taki mamy czas, że wszystko staje na głowie – co za nacja – pierdel, burdel i serdel, parafrazując klasyka.

W środę, 7-go, ustępująca prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz wydała zakaz dla zorganizowania legalnego marszu narodowców w dniu 11-go listopada 2018 roku. Decyzja ta wywołała lawinę agresywnych komentarzy na ultraskich forach i stronach. Jaki cel przyświecał prezydent Warszawy? Czy z powodu końca prezydentury jest jej wszystko jedno i gotowa jest unieść jad środowisk skrajnych? A w przypadku gdyby doszło do drastycznych zdarzeń w mieście – odpowiedzialność by można było zrzucić na Rząd. Czy nie daj boshe inna intencja zaświeciła w sercu z Opus Dei Waltz?  

Te scenariusze jednak szybko przestały zaprzątać moją głowę. Kilka godzin po ogłoszeniu decyzji HGW doszło do walnego zebrania Adriana z rządem. W miejsce zdelegalizowanego marszu – prezydent z premierem ogłosili marsz państwowy idący w śladzie marszu narodowców. Nie od dziś wiadomo było, że prezydent zapraszał na marsz narodowców. Ale ostatecznie się z nimi nie dogadał – bo jak wypłynęło z przecieków „rasowi separatyści” nie życzyli sobie obecności głowy państwa na swoim marszu. Jednak rząd, który klepnął 200 milionów na tą imprezę (organizacje obchodów 100 lat Niepodległej) i był już na granicy totalnej kompromitacji musiał się czymś wykazać – bo przecież nie można poważnie traktować słów byłego kandydata na prezydenta Łodzi i prawdopodobnie przyszłego marszałka województwa łódzkiego Waldemara Budy, że Polacy 11-go w południe zaśpiewają Mazurek Dąbrowskiego, a potem do późnych godzin nocnych w rodzinach śpiewać będą pieśni patriotyczne. Nie panie Waldku – tak nie będzie, na opowiadanie takich farmazonów nie powinniśmy wydawać takiej góry pieniędzy!!! Zatem dzięki odwołaniu marszu narodowców – prezydent Duda dostał znakomite pole do działania i w myśl nowej ustawy o zgromadzeniach publicznych zgłosił zgromadzenie państwowe, które jako nadrzędne nad zgromadzeniem cyklicznym – niezależnie od decyzji sądu – zawsze będzie miało pierwszeństwo organizacji przed innymi zgromadzeniami. Ta da skurwysyny – My nie możemy, My nie możemy czegoś zrobić – nie ma na nas mocnych – jak nie kijem to pałą zwyciężymy!  

W tej sytuacji nastał chaos. Narodowcy odwołali się od decyzji HGW do sądu, a ich szeregi zwarły się i zaczęły skrzykiwać, aby do stolicy sprowadzić prawdziwy najazd – nawet tych niezdecydowanych. Musi się krew polać! Czerwona jucha musi tryskać jak w najlepszych pornosach. Tymczasem rząd zaprosił na własne, naprędce zorganizowane obchody wszelkich oficjeli państwowych, przedstawicieli wszelkich stron i posłów partii. Sam prezydent z premierem i prezesem – będą prowadzić to zgromadzenie w trójcy jedyni. Ponadto pojawi się parada wojskowa – rosomaki i inne sprzęty, które wobec strajku (epidemii grypy) w policji – z funkcji pokazowych mają przejść w razie konieczności do funkcji militarno-bojowych.

To jest historia jak z taniego komiksu, odwracamy kartkę i oto sąd pierwszej instancji uchylił rozporządzenie HGW o delegalizacji marszu narodowego. Władze Warszawy zapowiedziały apelację, a rząd z prezydentem stanęli wobec bardzo niepokojącej sytuacji. Otóż decyzją sądu – narodowcy, aby dotrzymać godzin zgromadzenia publicznego musieliby podłączyć się do marszu rządowego. Co to oznacza dla władzy – że zostanie utożsamiona z najgorszymi faszystowskimi incydentami, do jakich dojdzie (dojść może) podczas imprezy? Wydawało się przez kilka godzin, że nie ma mowy o próbie porozumienia między jednym marszem a drugim. I takiego porozumienia być nie powinno w kraju, który tyle wycierpiał od faszyzmu. Ale gdzie tam – odwracamy komiks na kolejną stronę…

Państwowy organizator w te pędy poczynił negocjacje z obozem radykalnym trwającą całą kolejną noc – ta władza kocha noce, to jest władza nocy i kiedy wszyscy smacznie śpią oni gwałcą ten kraj, nas wszystkich bez wyjątku. Narodowców postawiono pod ścianą (powinniśmy im współczuć?). Ukradziono im ich bandyckie święto – ale zrobiono to w brutalny i nieczysty sposób. Po południu 9-go listopada obie strony ogłosiły, że wypracowano porozumienie i marsz państwowy i narodowy pójdą pod jednym sztandarem – pod flagą biało-czerwoną. Faszystom zakazano wszelkiej symboliki nazistowskiej, banerów z hasłami nawołującymi do nienawiści oraz odpalania rac podczas przemarszu.

O ile deklaracje te uznać należy za szczere z ust organizatorów, o tyle na wiadomych stronach, forach itd., zapanował nastrój bojowy, padło wiele deklaracji, które znacząco odbiegają od koncyliacyjnych i raczej jakiekolwiek porozumienie z rządem nie będzie przestrzegane. Ale to nie jest moje zmartwienie. Rosomaki z załogami jadą, już jadą, broń ostrą mają? Pewnie mają!

W co zatem gra ten szkodnik PiS za pomocą swoich pionków? Układa się z faszystami, których rządowa prokuratura nie zdołała od roku wsadzić za promowanie zakazanych polskim prawem symboli i treści gloryfikujących ustrój nazistowski. Jak obóz rządowy będzie mógł zachować twarz, kiedy – zakazane elementy marszu pojawią się podczas zgromadzenia i przykleją niczym odchody do partyjnej wierchuszki? Jak dopilnować spokoju i ewentualnie rozdzielić te dwa marsze – gdyby doszło do potężnego rozpierdolu. Dlaczego Dudzie tak bardzo zależy aby umazać się tymi fekaliami? Niezależnie co się stanie, bierze On na siebie PEŁNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ za dzień 11-go listopada 2018r.

Czy warto dla 1-2% elektoratu ryzykować polityczny blamaż? Serio narodowcy pomogą mu wygrać wybory w 2020r.? Kampania się już zaczyna, upiorna będzie, nasz kochany prezydent, a mój osobisty idol, moja miłość – już zapowiedział że podpisze ustawę przeciw homopropagandzie. Rosja wita, kłania się już u bram! Tylko gdzie jest Legierski, Krystian gdzie się schowałeś – chciałbym ci podziękować i ucałować – że dzięki Tobie tak wielu naszych zagłosowało na tą opokę, na ten wzór, na idola Narodu, na mojego Adriana. Adi, jestem cały Twój! Buziak!  

poniedziałek, 05 listopada 2018

Skoro było już tyle mowy o nowym wydawnictwie DP, nie może być inaczej i ten znany już od kilku miesięcy klip i kultowy numer lata 2018 roku – musiał zagościć na łamach mojego bloga. Zatem Ta Da!


 

Ale tu mała ciekawostka - wbrew wszelkim okrągłym słówkom Dawida, odnośnie swoich inspiracji itd. Nadchodząca trasa koncertowa artysty, będąca jego najbardziej dochodowym przedsięwzięciem w karierze - nawet na jeden koncert nie zajrzy do małych miasteczek...

 

 

 

 

 

 

 

 

1.Dawid Podsiadło-Małomiasteczkowy

 

 

niedziela, 04 listopada 2018

 

Przed kilkoma dniami Dawid Podsiadło zwycięzca II edycji X-Factor w 2012 roku, wydał podobno długo wyczekiwany, trzeci w dorobku solowy album. Trudno mi powiedzieć czy i kto długo czekał – niestety po dwóch wcześniejszych wydawnictwach (których nazw nikt chyba już nie pamięta) – można było być rozczarowanym młodym polskim talentem – który przeważnie zanudzał nas jakimiś smętnymi kawałkami śpiewanymi po angielsku.

Młody artysta nie uniknął pewnej narodowej i Światowej manii do robienia z młodych talentów produktów popkultury – które jednak zwijają w papierek osoby trzecie, a za dużo tych osób powoduje chaos. Ale pomimo tego niefortunnego startu, rodzimy Dawid zdobył dość dużą i fanatyczną publikę, a od czasu swojego debiutu bardzo dużo się nauczył. Dowody na ów rozwój znajdziemy na najnowszym krążku artysty. Dostajemy na albumie Małomiasteczkowy dojrzałego Podsiadłę i to czuć od pierwszej do ostatniej nuty i tekstu. Dawid śpiewa tylko po polsku, porusza istotne tematy, które przerabia każde kolejne pokolenie – tylko mówi to w języku i z wyczuciem pokolenia lat 90-tych i milenialsów. To język, który jest jeszcze zrozumiały dla mojej dekady, ale czy jest dostępny dla osób starszych? Być może nie! Podsiadło mówi w nowym języku i ukazuje nowe spojrzenie, a do tego dopada go pewna cecha świadomego artysty – opowiada o osobistych doświadczeniach, o tym że zdaje sobie doskonale sprawę, kim jest i jakie zajmuje miejsce w polskiej popkulturze, dokonuje oceny samego siebie. Ten aspekt jego nowego i króciutkiego wydawnictwa budzi mój podziw. Nie musimy się z tym, co mówi Podsiadło zgadzać, muzycznie to nawet nie jest odkrywcze, choć pomysłowe, choć ironiczne – niemniej po raz pierwszy jest to sygnowane artystyczną pewnością siebie i to czuć na tym albumie. Być może to jest przełom w karierze muzyka?

Polska publika potrzebuje nowych idoli, artystów na miarę nowej dekady i nowego wieku i Dawid Podisdło ma wszystkie te cechy, których nabrał przez ostatnie sześć lat. To że pierwszym singlem Małomiasteczkowego jest tytułowy utwór, który klinczem wbił się na listy przebojów (to jedyny tak skoczno-polowy numer) – było super świadomą decyzją. Ten przaśny kawałek odwołujący się do discopolo, a jednocześnie poruszający istotne tematy dehumanizacji życia w wielkich metropoliach (chodzi tu o Warszawę) – był doskonale skalibrowanym marketingowo ruchem, uderzającym w naszą muzyczną ludyczność, objawiającą się w absorbcji prostych, wręcz prymitywnych motywów rytmicznych bez żadnych zagęszczaczy czy ozdobników. Singiel Małomiasteczkowy to był kawałek, z którego w wielu kręgach darto łacha. Jednym z niewielu muzyków, którzy go od razu zaaprobowali był król polskiej sceny discopolo Sławomir. Ten dobrze wykształcony aktor, który wszedł w to środowisko w celu sparodiowania stylu discopolo (rockpolo, countrypolo, reaggepolo), a zagnieździł się w tym światku (chyba) na dobre – bo jest po prostu takie społeczne zapotrzebowanie, a co za tym idzie – pieniądz!  

W przypadku DP nie boję się, że zostanie w jakiejś szufladzie stylistycznej (ma za wiele do powiedzenia by się gdzieś zamykać). Czytam recenzje jego nowej płyty w magazynach rockowych i pudelkowych. Młody artysta trafia do szerokich i niszowych mediów. Ma wszystkie cechy do bycia istotnym graczem. Zobaczymy czy pociągnie kompozycyjnie – czy dopisze mu talent, pomysłowość itd. Ale ma szanse na pewno lokalnie być wielkim Dawidem. I choć muzycznie mnie ten nowy album nie rozwalił – to budzi apetyt na więcej…

 

 

 

 

 

 

1.Dawid Podsiadło-Nie Ma Fal       

 

piątek, 02 listopada 2018

Ach te nasze rytuały. Dziady pośród magii nocy przy rozpalonych ogniach – ściągają zabłąkane dusze, a może tylko koją nasz lęk z powodu rozpadu wspólnoty? Tak wielu do odwiedzenia – znanych i obcych w naszych rodzinach oraz przyjaciół – których odejścia są ostatnio bardziej bolesne niż jakichś tam krewnych, których znamy tylko z tego – że są z rodziny.

Byłem w te dni obok grobu kolegi – przez dekadę skromny i schludny zbity z deski, zawsze oblany kwiatami. Po dekadzie od zgonu – niby na 33-cie urodziny chłopaka, rodzina sprawiła mu prawdziwy grobowiec z płaskorzeźbą naturalnych wielkości – oddającą jego pasje, która doprowadziła go do stryczka. Grobowiec zdominował cały niemalże osiedlowy cmentarzyk. Jakież to upiorne, upajanie się tą śmiercią – jakby nie była zapisana każdemu i każdej z nas. Ona gdzieś czeka na moment naszego losu – niby gra w kości – rzucając je na ślepo – czy dziś wypadnie Twój szczęśliwy numerek, może jutro?

Popędziliśmy z I’ troszkę w przedwczesne Dziady, bardziej w Halołin, nocą do po pracy we środę do mojej matki, babki, wuja (którego nie znałem), kuzyna ciotecznego, kolejnego wujka (przylepy) i jeszcze jednego tragicznego wujostwa. A w dniu świątecznym przelecieliśmy przez ten jarmark cudów (i smaków) po kolejnych od lat nawiedzanych zmarłych: trzy ciotki, prababka i jej siostra, dziadek I’, dalsi krewni I’ i jeden grobek dziecka z rodziny I’, którego prawie nikt nie znał – ale jakoś tak kultywuje się w rodzinie mojego męża pamięć tego dziecka zmarłego na gruźlicę w 1918 roku. Pamięć buduje naszą nowożytną tożsamość – naszą przynależność i współczesność… Dlatego też nocą czasem sami, czasem w większym gronie idziemy od lat na kieliszek z założycielami miasta – trzeba im polać i wypić za ich dusze, i za przyszłość której by nie było bez przeszłości…

To nie jest tak, że pamięć ma zamykać nas w jakichś torach losów i powinności. Zupełnie tak tego nie postrzegam. Pamięć ma nas uczyć unikać błędów minionych pokoleń. Po to budujemy naszą małą i wielką tożsamość, aby nie wpadać znów w te same sidła. A społeczeństwa, które popełniają wciąż i wciąż te same błędy – są społeczeństwami po prostu głupimi, niewykształconymi i niepotrafiącymi czerpać z tego, czego uczy nas przeszłość…

To tak Dziady i inne pogańskie rytuały – których nie byli w stanie wyplenić z nas ogniem i mieczem fanatycy spod znaku wiadomych religii i przesądów – przetrwały tysiąclecie i wciąż, pomimo gęby gorliwości watykańskiej – dla przekory i z czystej tradycji – bawimy się pogańskimi rytualikami. Płoń ogniu płoń (tę noc), nawet jeśli tylko zatruwasz środowisko i żadne dusze się nie wabią na twoje ciepło – w tę jedną noc pozwólmy sobie zapomnieć o poprawności…

Od lat noszę w sobie chęć opisania pokrótce tych, którzy już odeszli w mojej rodzinie. To mogłaby być dość mroczna historia. Dlatego zastanawiam się czy jest sens ją opowiadać? Na pewno barwne to były postacie – wobec których nie można przejść obojętnie. A większość świadków życia tych ludzi już odeszła, podczas gdy moja pamięć przeładowana opowieściami i wspomnieniami, nie mieści już wszystkich zdarzeń. Zastanawiam się – nie wiem jak jest sens tych wspomnień, ale może kiedyś – aby ratować się przed słabością własnej pamięci opowiem tu jakieś historie? A dziś niech płonie ogień!    

 

23:54, koffiejames , koffie mix
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 października 2018

hemispheres78

Dziś mija 40-ta rocznica wydania przez kanadyjskie power trio Rush albumu Hemispheres. Było to szóste studyjne wydawnictwo grupy, a zarazem ostatni album zamykający fantastyczną trylogię (2112, A Farewell To Kings), będącą dla Rush dźwignią popularności. To na tych trzech wydawnictwach rozwinął się w pełni styl Kanadyjczyków – tak pod względem muzycznym ukazując Rush, jako zespół idący w kierunku rocka progresywnego oraz art rocka, oraz ukształtowany został polityczno-filozoficzny kurs zespołu – promujący skrajny liberalizm, ateizm, filozofię obiektywizmu, indywidualizm i egoizm. Przysporzyło to muzykom wiernych fanów, jak również wiernych krytyków. Nie mniej redukując historię grupy, po dekadach grania tego materiału wszedł on do klasyki współczesnej muzyki amerykańskiej XX wieku, a Rush stał się dzięki swej niezłomnej postawie i ciężkiej pracy na scenie – ikoną amerykańskiej popkultury. Poglądy i muzyka zespołu oczywiście z upływem lat się zmieniały – jednak klasyczny i zarazem najbardziej charakterystyczny dla Rush repertuar – do dziś stanowi muzyczną perłę. Album Hemispheres jest najdziwniejszym wydawnictwem w dyskografii Rush, trwa ledwo 36 minut, zawiera tylko cztery utwory – ale po mimo upływu lat, ta muzyka się znakomicie broni, ma świetną melodykę, rytm, tempo – znakomicie się tego słucha i podziwia artystyczny kunszt trójki chłopaków z przedmieść Toronto, niosących na barkach blizny tragedii minionego stulecia – wtłoczonych im przez emigranckie rodziny uciekające przed dramatem Wielkiej Wojny i Holocaustu…

  

1.Rush - Hemispheres Overture - Performed by Cygnus X-2

2.Rush - Circumstances

3.Rush - The Trees (Live from R30) 2005

4.Rush - La Villa Strangiato. Cleveland Time Machine Tour 2011   

 

niedziela, 28 października 2018

 

Miało być zupełnie inaczej, ale dzień ten okrutny dopadł mnie w dalekich odległościach od mojej Transylwanii. Nastał, choć nastać nie miał, przyszedł – choć wcale nieproszony, odarł mnie z kolejnego płatka mej niewinności. 

A wszystko działo się gdzieś w dalekich południowych stronach, gdzie Wisła jest jeszcze całkiem wąska i wcale nie wielkomiejska. Nie ma nic w sobie z urokliwej Wełtawy, ale i miasto to, przez które płynie, napuszoną podróbką się zdaje swej piękniejszej siostry Pragi. Która choć przeżyła ten sam los turystycznej mekki – ma do siebie wielki dystans i nienabita jest na tak twardy kij…

Ze Smogowic Małopolskich w ulewie zalewającej szyby, z wycieraczkami, które nie nadążały ocierać szyby, w bryzie spod pędzących kół tirów i łez – jak Drakula z filmowej adaptacji Coppoli, musiałem uciec w tym dniu na łono swojej ziemi. Bo taki dzień jak dziś, trzeba uczcić stąpając po miejscu szczególnym – pełnym siły magnetycznej – nadającej sens egzystencji. W miejscu, w którym zawiązały się pierwiastki i komórki mojego istnienia – w domu rodzinnym.

Pięć dni w Smogowicach Małopolskich było bardzo męczących – szczególnie w mieście, które pod płaszczykiem najwyższej kultury i tradycji inteligenckich – jak to powiedział mój wybawca I’ (kiedy przekraczaliśmy rynek) – na każdym kroku woła tylko: „daj piniędze, daj piniędze, daj piniędze, daj piniędze, daj piniędze, daj piniędze, daj piniędze, daj, daj, daj, daj, daj, daj…”

Dlatego nie mogło być inaczej – musiałem wrócić do swojej Transylwanii – która nikogo niczym nie mami, ani nie udaje – a ostatecznie może szczerze do bólu powiedzieć: co najwyżej mogę Ci dać w mordę! To tu wreszcie, z ukojoną duszą mogłem wznieść toast za 33 rok życia!     

 

 

 

 

1.Bram Stoker's Dracula movie soundtrack "The Beginning"

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 176