o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
O autorze
piątek, 27 stycznia 2012

Dziś startuję z Rush-Coverowym cyklem, obiecanym jeszcze w roku zeszłym. Zasady są proste, co jakiś czas będą pojawiały się kolejne notki, w których będę zamieszczał obok oryginalnego (z wrzuty) utworu Rush, jego jeden albo maksymalnie dwa covery. Będą to wersje profesjonalne i nieprofesjonalne, coverujące jeden instrument albo kompletne aranże. Ważne aby te utwory miały w sobie „to coś” – oddanie, pasję oraz aby stanowiły swoisty hołd dla diabelskiego tria wyznawców szatanA.

Na pierwszy rzut mój ulubiony Subdivisions z albumu Signals (1982). Dziś wystąpi niesamowity Jakub Moon i trzej Wenezuelscy chłopcy z gitarami. Oj, byli by dla mnie parom, a nawet parami… 



czwartek, 26 stycznia 2012
poniedziałek, 23 stycznia 2012

No, jeśli bilety na koncert wyprzedają się w 3 godziny. Jeśli wyprzedane są miejsca na schodach. A nawet dostawione są 4 rzędy krzesełek na scenie, po dwa z każdego z jej brzegów. To cztery bisy i nieustanne półgodzinne owacje na stojącą są oczywistością oczywistą! Koncert Żaruskiego i L’Arpeggiaty był wspaniały. W S P A N I A Ł Y!!! Dla potwierdzenia tego faktu, postanowiliśmy zrobić rzecz bezprecedensową w historii tego bloga!!! Mianowicie zamieszczamy dwa autorskie filmy, które nakręcił I’ podczas koncertu. Uwaga! Te nagrania powstały za zgodą muzyków! Nie wiem, czy ich ustna zgoda wystarczy, aby długo utrzymały się na YouTube. Oglądać, zatem póki czas! Nagrywanie właściwego koncertu było zakazane – powyższe nagrania pochodzą z bisów – które zezwolono rejestrować. Tu mamy dwa filmy, jak będę miał siłę to wrzucę kolejne dwa, z przypominam 4 bisów. Ciekawostką filmów jest to, iż również po raz pierwszy i mam nadzieję ostatni – w tle Żaruskiego, słychać klaski i śmiechy Koffiejego Jamesa. Koffie w eterze!!! Straszna wiocha, ale każdy sobie chichotał coś pod nosem – tylko skąd ja mogłem wiedzieć, że ten cholerny aparat iPhone jest taki czuły???

To nic, w porównaniu z darciem mordy na Depeszach w 2010 roku – kiedy wszedł Martin: Maaaaaaarrrrrtttttiiiin, Dejjjjjjjjjjvvvvvid!!! Zawyłem ochryple i piskliwie… Wtedy w godzinę straciłem głos! Ale tego filmu nie odważę się wrzucić na YT.


Grupa, albo nawet grupka ludzi upokorzyła i ośmieszyła naszego wybitnego premiera Donalda i jego Dwór, oraz kilka "łapczywych" stron pewnych organizacji. Panie premierze - to w dziale "Rybołówstwo" chciał pan przemycić "cenzurę internetu" i prawo do totalnej inwigilacji? Przepisy pozwalające zamykać ludzi do aresztu i więzienia bez wyroku sądu?

Tak, jak jestem wrogiem piractwa (choć nie jestem przecież bez winy), tak brzydzę się Panem i metodami jakie stosuje pana Rząd. Mieszanka cwaniactwa i tchórzostwa - zagrywki pod publiczkę, a potem kompletny brak działań rządu, wespół z indolencją ustawodawcza partii PO, posiadającej niemal absolutną władzę - to wszystko odziera z Pana wykreowane medialnie złudzenie, iż jest Pan mężem stanu - ratującym nasz karaj przed wiadomo kim. 

czwartek, 19 stycznia 2012

Starość to jednak jest… Bezwzględna sucz! Żmija albo, jaka inna podłota. Z wiekiem coraz ciężej mi, dźwigać się z drobnych chorób górnych dróg oddechowych. A podobno moja grupa krwi ma cholerne predyspozycje do chorób tejże kategorii, od oskrzelów wzwyż. Ale spokojnie, z coraz większym optymizmem zaczynam spoglądać na nadchodzące dnie. Troszku słońca i wygrzany na kaloryferze zad i już można z laseczką, wysunąć nos poza stare, poczciwe bloczysko. Oczywiście, nie zabieram zębów z plastiku, bo przemroziło ostatnio i jakbym poleciał, to tylko straty by się w budżecie narobiły.

Muszę zmotywować męża by wywołał fotografie z komórki na komputerową maszynę. Ale stary jest leniwy i czyta zaległą fantastykę, czyli to jest podobnie jak z psem i kością – nie zabierać! Plwam na całą fantastykę książkową, komiksowa, jeśli ładnie mnie grafika oczaruje to może połknę. Ale zawsze uprzednio zażywając „Reni” – by w żołądku było zawsze w porządku.

Niestety koniec laby, a tak bym bardzo chciał jeszcze - wiecznie… Obowiązki mnie czekają!  Nie wiem, czy w moim wieku jeszcze długo przyjdzie mi się z nimi zmagać – ale nie rzucim czegoś tam = czyli bendziem tyrać.

Przez choroby i wyloty na szkolenia, znowuż ucierpiało nasze towarzyskie pożycie. Jak zwykle! Zawsze wszystko odbija się na znajomych i to ich najprościej o wszystko oskarżyć – prawda? Ale – ale! Wynagrodzimy sobie, odrobinę, trudy i udręki styczniowe podczas niedzielnego koncertu Filipka Żaruskiego. Zaprzęgniemy kobyłę i pojedziemy do filharmoniji. Oczywiście, jak zwykle na pełnym luzie, po wieśniacku – nie mając gotowych pingwinów, będziemy siedzieć w pierwszym rzędzie w roboczych gumiokach i beretce…

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Mąż powrócił. Jak znajdę chwilę to może wrzucę jakieś fotki – jeśli pozwoli mi na to zdrowie i mnogość zajęć wszelkich. Ach, jednak chwila rozstania i tęsknoty robi swoje. Dopiero, kiedy znów można poczuć bliskość drugiego człowieka – zaczyna się doceniać to, co się ma.

Oczywiście po chwili tego doceniania, wraca szara rzeczywistość no i dobrze – bo co za dużo to niezdrowo. A moje zdrowie ciągle wisi na włosku. I najbardziej mi wstyd na zewnątrz, w obliczu wyzwań, jakich się podjąłem, że moja fizyczność mnie dominuje i morduje. Mimo najszczerszych umysłowych chęci, ciało jeszcze nie chce słuchać mych nakazów. Oczywiście, w mym zmyślnym sposobie rozumowania, założyłem możliwość niepowodzenia. Ale szczerze bym go nie chciał.

Dlatego zamiast pisać długie notki, skończę w tym miejscu i położę się do łóżka…


piątek, 13 stycznia 2012

Kornwalia

Ledwo żyję.

Podczas gdy mąż spędza cztery godziny dziennie na medytacji w Dartmoorze, a następnie kolejne dwie przytula się do drzew i słucha świergotu ptaków, albo wpatruje się w meander rzeki Dart. Podczas gdy je wegetariańskie śniadania, lancze i kolacje. Albo, kiedy zrywa się z zajęć i z grupą polską udaje się na całodniowe buszowanie po Plymouth. Albo też, jak dziś jadą całą grupą szkoleniową na dwa krańce riasowego ujścia Dart, między hipisowskim Totnes a portowym Dartmouth. Podczas gdy wieczory spędza na wypijaniu z sympatycznymi Grekami żubrówki i na dziwieniu się dziwnym Litwinom, którzy są dziwni bo tak mówią wszyscy… W tym czasie ja cierpię!

Nie, bynajmniej nie z szaleńczej tęsknoty i miłości rozdartej na dwa światy (choć też). Nie! Zabiło mnie straszliwe przeziębienie! Potworność! Przedemną obowiązki i stawianie czoła światu, a tu ni stąd ni zowąd – łuuuup – zawsze się coś musi przy(#$%)pałętać. Ja tak mam zawsze, zawsze! Coś się zaczyna zmieniać i – trach – ja nie staję na wysokości zadania. To bardzo zniechęca do kolejnych prób! W każdym razie tak mnie zgięło, że nie miałem siły tu w ogóle nic napisać od poniedziałku. Chciałem podzielić się zawodem odnośnie nowego Holmesa i podziwem nad W Ciemności, ale nie miałem siły. Na ten ostatni film warto się wybrać choćby tylko dla samych gwar – brzmią pięknie. Zresztą, Holland nakręciła film moim zdaniem szczery, (nie wierzę aby 90-96,9% moich znajomych i znajomych znajomych ruszyło na pomoc jakiejkolwiek etnicznej, seksualnej itd. mniejszości, w sytuacji zagrożenia własnego życia, dobrobytu, rodziny – zwłaszcza dziś, w dobie szalonego konsumpcjonizmu) nie bądźmy obłudni – do humanizmu trzeba dorosnąć w obliczu zagrożenia, a nie z pozycji chrupiącego popcorn widza.

No dobra, dość tej pisaniny idę się nafaszerować lekami by odpłynąć w grypowy obłęd omamów gorączkowych. Dzięki owej kuracji będę w głębokim śnie, kiedy mąż będzie pędził z Dartmooru do Londynu, a następnie startował z Heathrow w powrotną, okrężną, drogę do domu...

Dziś I’ opowiedział mi o Annie, pierwszej hipisce ośrodka. Z opowieści wychodzi obraz podopiecznej firmy, w której pracuje mąż tu w kraju. Brudne paznokcie, niemyte od kilkunastu dni włosy zlepione w grube strąki i ubrania zmieniane co trzy-cztery dni, stąd wymyślono jej ksywę „Tężec”. Anna, uczyła grupę między innymi rozpalać ognisko. Nie pytając nikogo o to, czy ktoś to potrafi – bo podobno Anglicy nie potrafią. Polacy oczywiście nie puścili pary z ust, że nauki są zbędne a następnego dnia pokazali Annie, jaką jest znakomitą nauczycielką, sami rozpalając pokaźne ognisko. Kiedy instruktorka zobaczyła jak „bystrymi” uczniami są Polacy jej radości nie było końca…


poniedziałek, 09 stycznia 2012

Kornwalia

Z kilku godzinnym opóźnieniem z powodów lotniskowych, mąż dotarł do posiadłości Sharpham. Po nocy i pierwszym Dartmoorskim poranku – zdał mi oto relację…

W hrabstwie Devon wiosna na całego. Zieleni się, puszczają pierwsze pączki zdobiąc drzewa. Nie przeszkadza im zasnute czarnymi chmurami niebo. Wszechobecne, wczesnowiosenne ciepło zbudziło już ptactwo, które wyśpiewuje swe melodie na gałązkach drzew. Za oknem rozciąga się ogrom posiadłości, a zakolem płynie rzeka Dart. Podobno jest pięknie, I’ nie może wyjść z zachwytu. Każdy uczestnik szkolenia ulokowany został w obszernym pokoju z kominkiem i wygodami – więc można w spokoju odsapnąć. Cała posiadłość jest zamieniona na New Ageowy, post hipisowski ośrodek medytacji i samodoskonalenia. Jedzenie (śniadanie) nie jest typowo angielskie tylko wegeteriańskie, opiera się co prawda na tostach ale z owsianką (ble). Z ruchem hipisowskim związana jest zresztą cała okolica hrabstwa Devon. W miasteczku sąsiadującym z posiadłością powstała druga na świecie komuna hipisowska – miasteczko to po dziś dzień, jest swoistą mekką dla ludzi utożsamiających się z tą subkulturą i New Age.  

Ważnym punktem odniesienia jest jedna z pracowniczek ośrodka, Polka – któż by inny skoro na Wyspach mieszka ponad milion polaków! Polscy goście traktowani są przez nią wyjątkowo dobrze – ponieważ w położonej na uboczu kraju i pozbawionej dużych skupisk miejskich Kornwalii, polscy emigranci a nawet turyści nie pojawiają się zbyt często. Ostatnio było to kilka miesięcy temu, więc obie strony mają obecnie sporo uciechy. Polska pracowniczka cieszy się, że może pogadać w języku ojczystym a polscy goście cieszą się, że mają darmowego przewodnika po okolicy – z którym planują zerwać się z kilku medytacji, aby pobuszować w Plymouth. Polka – co chyba mamy w genach – skarży się na Anglików określając ich mianem „dość prymitywnych” i przede wszystkim „brudnych”!

Mąż żałuje, że nie jest w Dartmoorskich okolicach w lutym, gdyż wtedy ta starożytna kraina przyodziewa jedną z najpiękniejszych swych szat, pola pokrywają się morzem żółtych żonkili…

niedziela, 08 stycznia 2012

Właśnie minęła trzecia w nocy, a ja zaczynam pisać notkę. Jakieś 40 minut temu wyściskałem i wycałowałem mojego I’ na pożegnanie przed tygodniowym exodusem. Zdążyliśmy zrobić ledwo rundkę z suczycą wokół bloku, a taryfa już czekała. To był piękny, ciepły, słotny wieczór.

Wszystko zaczęło się jakoś w zeszłym roku, kiedy I’ rozpoczął studia podyplomowe: „Zdrowie Psychiczne W Środowisku”. Jest to kurs międzynarodowy, organizowany przez Brytyjczyków, według ichniejszego jakiegoś tam klucza. Ów został najpierw wpojony polskim, litewskim, łotewskim, słowackim, czeskim, greckim i diabli wiedzą jeszcze jakim trenerom – którzy według oryginalnego i jednolitego programu wykładają „kierunek” w rodzimych krajach. Całość szkoły kończy się pracą lub projektem dyplomowym. Oczywiście mój mąż jeszcze w zasadzie nie ma zbyt wiele – a wykładowczyni przedstawi na razie szkielet swej pracy. No właśnie, I’ jako jeden z lepszych albo ulubieńszych uczniów łódzkiego oddziału, wybrany został jako jeden z trzech kandydatów do swoistej nagrody w postaci szkolenia międzynarodowego. Pierwotne plany zakładały owo szkolenie gdzieś w europie środkowej lub w którymś z alpejskich krajów, ostatecznie padło na daleką Kornwalię w hrabstwie Devon w europejskim stanie Wielka Brytania. Daleko od cywilizacji, pośród wrzosów i przepastnych polan tego smaganego wichrami skalnego jęzora, wciskającego się w ogrom Atlantyku.

Całość szkolenia jest finansowana oczywiście ze środków UE, wobec czego zleceniodawcy pozwolili sobie na fantazję, a nawet na bezmyślną fantazję... Ale opowiedzmy to chronologicznie. W sobotę poszliśmy spać – w sumie nie poszliśmy – a w niedzielę wstaliśmy o godzinie drugiej. O 2:25 po męża przybyła taksówka, którą udał się po koleżankę z drugiego końca dzielnicy. Oboje pojechali na dworzec, gdzie wcześniej zakupili bilet na jedyny o tej porze PKS jadący do Warszawy – przelotowy z Zakopanego! Dlaczego nie można było zorganizować przelotu z Łodzi do Londynu? Przecież mamy kilka połączeń ze stolicą UK, może nie z Mega Lotniskiem z 33 dzielnicy – ale na dwa inne porty – skomunikowane z miastem szybką koleją. Ok., nie dało się inaczej trzeba jechać na Okręcie Szopena. Więc PKS-em o 3:10 mąż wyruszył do stolycy. W Wa-wie wylądują około godziny piątej z minutami, wtedy się zacznie odprawa itd. itp., na lot… No gdzież by indziej, jak się na Heathrow leci, do Monachium. Nie można z Warszawy lecieć do Londynu, nawet na Wielkie Lotnisko bezpośrednim połączeniem, mimo iż lot takowy widnieje w rozkładzie odlotów. Nie! I’ poleci najpierw do Monachium lotem o 8:20 albo 8:40, a dopiero z Monachium germańskim liniami lotniczymi poleci na Heathrow, które osiągnie o godzinie 13 lub 14 polskiego czasu. Ja, ten niezrozumiały wybieg z lotem na około tłumaczę tym, że UE jest bardzo bogata i stać ją na fundowanie bezcelowych lotów albo, że organizatorzy traktują stolicę Bawarii jako swoiste miejsce zbiórki. Bardzo źle to świadczy ostatecznie o zdolnościach komunikacyjnych Londynu, albo organizatorzy mają kontynentalnych kierowców, którzy powodują wypadki w ruchu lewostronnym – zaczynam się bać!

Ale rzeczywisty mój strach i napięcie powoduje co innego – samoloty!!! Samoloty są spadliwe (to jest posiadają wady, powodujące spadanie w dół na śmierć)!!!  Ja panicznie boję się latać, nienawidzę samolotów, helikopterów itd., (kiedyś – ojciec chciał mnie zabrać na lot śmigłowcem, a ja dostałem ataku histerii). Człowiek, to nie jest istota latająca i jako taka powinna stąpać tylko li po ziemi. Dojechać można wszędzie, a jak nie to dopłynąć! Jakiż to musi być romantyczny urok płynąć 7, czy obecnie 5, dni do Nowego Yorku? Albo gdziekolwiek indziej – transatlantykiem – człowiek ma w ten czas, czas odetchnąć. Mam fobie lotniczą i z miejsca smoleńskie napady… Stąd przygotowaliśmy się do lotu I’ jak do ostatniej drogi. Konta męża są przygotowane do przelania na moje, wszystkich jego oszczędności w wyznaczonym dniu, jeśli by nie wrócił. Upoważnienia do ubezpieczeń, pochówku itd., rozpisane. I’ też nie jest pasjonatem unoszenia się w żelaznych puszkach ponad powierzchnię ziemi, a w przypadku tego specjalnego szkolenia czekają go 4 loty, czyli ryzyko się automatycznie potęguje. Ja zaś góry zapowiedziałem, że wolę spędzać wszelkie wakacje w kraju, niż na nie latać samolotami. Nawet jeśli wypadki lotnicze są najrzadszymi w statystykach – jak coś się w trakcie lotu spieprzy, to mogiła murowana! Z powodu mojego lęku właśnie, piszę ową notkę teraz, aby około godziny szóstej rano iść spać i zbudzić się po trzynastej, kiedy będzie wiadomość od I’…

Że już pędzi autobusem z lotniska do posiadłości Sharpham House. Właściwie do Domu Wiejskiego zbudowanego w latach 1770-1824 nad rzeką Dart – pomiędzy miastami Plymouth i Torquay u podnóża Parku Narodowego Dartmoor, jedyne 300 kilometrów od Londynu. Ową autostradową, kilkugodzinną eskapadą zakończy się ta cała podróż, jej finalny autobusowy akt jest dla mnie również zagadkowy. To z Londynu do Plymouth nie ma połączenia lotniczego?

Ale najlepszy jest finał. Cała ta wielka i męcząca wyprawa na dumne szkolenie, z dumnego przedmiotu to nic innego jak – cholerny – wyjazd wakacyjny mojego męża!!! Bowiem szkolenie Mindfulness – nie jest przecież szkoleniem – tylko jakimś ezoterycznym sanatorium!!! Według programu, studenci „Zdrowia Psychicznego W Środowisku” będą medytować, rzeźbić, dokarmiać Dartmoorskie dzikie ptactwo, podglądać borsuki i celtyckie krzyże, zwisać ze skalnych urwisk nad wzburzonym oceanem, wąchać wiatr na wrzosowiskach i gubić się w ich bezbrzeżach, wreszcie będą szukać klucza do tajemniczego ogrodu Lorda Cravena i uzdrawiać panicza Colina…


Wybaczcie jeśli jest coś niezbyt jasno napisane, ta notka powstaje "na żywo" od 3:00 do 6:10. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 68