o mnie i o ludziach obok... o ludziach i o mnie...
Blog > Komentarze do wpisu

3833/126

Dekadę temu na blogu zadebiutował mój kochany I’. Latka poleciały kto wie dokąd niech podniesie rękę – chętnie się dowiem. Z racji tego, że to ostatni wpis z tego cyklu na tym blogu, chyba warto przypomnieć słowa tego gnoja – mnie – sprzed dekady. 23-letniego chłopaczka – zażenowanego tym co właśnie robi – aż dziw, że to moje własne słowa. Wam też życzę spełnienia, mam już lekkie doświadczenie na tym polu – 3833 dni za nami czyli 126 miesięcy – to kawałek czasu.

 

Trudno pisać o sobie. Zwłaszcza kiedy przychodzi do tego, iż wywłóczy się coś ze swojej prywatności. Możecie powiedzieć – ależ na twoim blogu zawsze wyciągałeś bardzo dużo, zza kulis swojego życia i to często w sposób bardzo dosadny, na który (ja czy ja) bym sobie nigdy nie pozwolił(a). To prawda, zawsze było dużo mojej małej intymności – w pewnych, acz dość widocznych granicach. Myślę że jest tak z powodu, który świetnie opisuje Alison Bechdel w autobiograficznym komiksie Fun Home. „Nie wiem czemu ujawniam te rzeczy, ujawnienie okazuje się być odruchem, którego nabywa się po tak zwanym coming oucie. Raz ujawniwszy, nie możemy przestać. Obiekty godne ujawnienia mnożą się czy to w osobistych, czy kulturowych szafach”. Kurcze, drzemie w tych słowach strasznie dużo prawdy. Jak to jest z tym moim ujawnianiem? W pierwszym odruchu było to wyrzucenie z siebie wszystkiego, aby potem pozamiatać wszystko pod dywan – ogonem. Nic się nie stało, nic się nie stało – wołałem – z głupkowatym uśmieszkiem na twarzy. Z czasem oswajałem się z rozlanym mlekiem, bo otóż okazywało się, że z plamą na dywanie można żyć, oswoić ją, polubić i upstrzyć ją, nawet różnymi ozdobami. Potem zdobyć się na odwagę i powiedzieć znajomym – patrzcie jaką mam fajną plamę na dywanie, moja plama jest fajna. A że jednak nie zawsze reakcje na plamę były pozytywne – uruchamiał się we mnie syndrom Alison Bechdel – tylko że rozumiany na mój sposób… Oczywiście ujawnianie było selektywne, i podporządkowane jakiemuś misternemu celowi. Pewnie chodziło o to by w końcu znaleźć przyczyny powstania plamy. Czyli usprawiedliwienie jej istnienia! Idąc tym tropem – w wyjawianiu prawdy o sobie nie mówiłem nikomu, że w szufladzie trzymam tysiąc złotych, a w kredensie czyste złoto – co by je upłynnić w dniach czarnych Ale w życiu przychodzą dni, kiedy o tym złocie też trzeba powiedzieć. Choć nie przychodzi mi to łatwo, bo to nie ten typ bloga, i nie ten typ autora, co będzie wywlekał te sfery swojej prywatności – które są kompletnie święte, do których wstęp jest kompletnie wzbroniony wszystkim, poza uczestnikami tego misterium. A jeśli ktoś się poważy na łamanie tej sfery – zawsze już będzie miał u mnie przegrane – co dosłownie znaczy, że zawsze!!! Dziś ujawniam… Znalazłem złoto i mam je od jakiegoś czasu, myślę nawet, że jest to pokaźny skarb. Im więcej upływa czasu, tym bardziej widzę, jakie ślepa kura ziarno znalazła. Choć czasem mam ochotę wyrzucić skarb do rzeki w cholerę, (średnio raz na dwa tygodnie) – ale potem widzę jak ogromna byłaby to strata. – A jestem straszliwie skąpym człowiekiem, więc to się kompletnie nie opłaca, takie wyrzucanie. Generalnie wszystkie dobra, które się ma w życiu, powinno się rafinować, ubogacać, przetapiać – aby stawały się lepsze i to czynię – czynimy… Dokładnie pół roku temu wpadło w moje ręce niesamowite znalezisko, mój (wspaniały) chłopiec. Mój prywatny chłopiec do życia i do wzajemności. Którą dalej nazywamy miłością, lubieniem oraz pragnieniem. To już pół roku, jak jesteśmy razem z moim I’. I jest nam dobrze. Pewnie się nie kochamy – nie wierzę zwyczajnie w miłość. – Po prostu jesteśmy, może troszkę odmiennie od większości związków wszelakich – najczęściej się bijemy i gryziemy… Zakładając że obaj jesteśmy po jednych papierach, coś nas od siebie uzależniło – coś, czego nie potrafię opisać w słowach – dlatego przyjmuję nazwę dla tego czegoś jako – potrzeba… 

Złoto czyli nowy coming out, 19.03.2009, KJ

 

wtorek, 19 marca 2019, koffiejames

Polecane wpisy

  • najspokojniejszych

    W przededniu czasów niespokojnych, w przed progu wielkich kulminacji, kiedy czujemy, że sztorm jest tuż tuż, chciałbym wam i sobie życzyć spokoju. Wypocznijcie

  • 120 lat

      Dziś zupełnie inny temat na tapecie. Ale w tym brudnym i śmierdzącym świecie warto wspomnieć, chociaż o częściowo mniej niszczącej środowisko formie tran

  • wpis na październik

    Chciałem zacząć ten miesiąc wpisem, że czuję się zmęczony i ciutkę osaczony codziennością i pracą. Ogólnie, że październiki są straszliwie pracowitymi miesiącam

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2019/03/20 14:45:02
No tak, już Ci tu kiedyś pisałem, jak bardzo mnie zachwyca ta Twoja miłosna księgowość;) Uwielbiam zjawiska niecodzienne. A Ty z tym liczeniem jesteś absolutnie zachwycający i niecodzienny, i odważny, bo to czas życia przecież, w rosnącej liczbie - gdyby to wszystko rozbić na sekundy - to już jest jakiś kosmos, sfera wielkich liczb!:)
Ten Twój I. to trafił na skarb!
Ja to tylko pieniądze umiem liczyć, w innych rachubach się gubię niedbale:)
"Nie wierzę w miłość"... A tu proszę!... Kiedyś się ze swoim facetem zastanawiałem, w czym rzecz, że my tak razem, radośnie, już przez tyle lat... Ja wpadłem na myśl, że przecież psychika nie zna przedawnień. Czasem to męczy, ale czasem wręcz przeciwnie... Miłość to trochę jak trafiona profesja. Przychodzi mi na myśl Ingmar Bergman, bardzo już stary, który w mroku sali projekcyjnej widzi, po raz nie wiadomo już który, ruch na rozświetlonym ekranie. Te same uczucia, to samo podniecenie, zupełnie jak wtedy, gdy był małym chłopcem gapiącym się w latarnię magiczną - płomyk naftowej lampy, a na jej tle, z odpowiednią szybkością poruszające się obrazy - nagle ruch, życie... Prawdziwa magia. Światło i ruch! Drobna sztuczka oszukująca oko, oszukująca czas.)
Będę szczęśliwy, gdy gdzieś kiedyś zobaczę jeszcze, ile pododawałeś tych cyferek.
-
2019/03/21 00:02:52
Dzięki piękne za te straszliwie miłe słowa - tym straszniejsze dla mnie, że nie jestem jakoś w życiu nastawiony na takie komplementy i zwyczajnie nie wiem co powiedzieć , więc gadam jakoś tak bez ładu i składu...
Powiem szczerze, że jestem pod względem życia prywatnego szczęśliwym człowiekiem, choć pieniądze też chciałbym umieć liczyć lepiej niż to umiem. Tylko moja matematyka nie wykracza poza banalne liczby... A im się robię starszy tym coraz trudniej mi obcować z abstrakcją ;P

A I' się śmiał i dużo w tym racji, że zainspirowałem się skeczem z Little Britan - zamieszczając ten wpis.

Kiedy poczytna pisarka szmatławych romansów dyktowała kolejny tom swojemu sekretarzowi mówiąc:
To ile już mamy stron?
...
Oh za mało, zapisuj. Jane weszła do pokoju i zapytała Joe - czytałaś już biblię? Nie - odpowiedziała Joe. - No dobrze no to Księga Rodzaju....
Sekretarzu a teraz przepisz całą Księgę Rodzaju...
-
2019/03/22 12:48:22
:) Dobre!

Kiedyś mi koleżanka jedna powiedziała, że fajny ze mnie facet. Raz wpadliśmy do niej na domówkę, ja miałem jakąś butelkę do schłodzenia, i wchodząc do jej kuchni zawołałem - O, wymieniłaś podłogę! Śliczna jest! - No i dowiedziałem się, że byłem pierwszym facetem, który tę zmianę zauważył. Inni jakoś nie zwracali uwagi. - A ty - oznajmiła - zawsze dostrzeagasz róźnice, widzisz, kiedy kto ma nowy but, nowy ciuch, nowy fryz, nową podłogę w kuchni... - Cholera, może tak się dzieje, bo jestem pedałem? - wyraziłem przypuszczenie. - Ten świat jest niesprawiedliwy - skwitowała koleżanka.:)
Zwykle nie umiem się powstrzymać przed wyrażniem entuzjazmu. Jest wiele powodów, by ten świat nazwać parszywym, ale o ileż lepiej w tym parszywym świecie, gdy się do siebie uśmiechamy, chwalimy nawzajem, prawimy sobie komplementy. Jak mnie ktoś zachwyca, to zawsze go o tym informuję.
Należę - powiem nieskromnie - do rzadkiego gatunku Polaków, których cudze szczęście raduje. Bo w końcu ludzie szczęśliwiznacznie mniej kłopotów sparwiają!:)
Andrzej Pągowski zawsze mówi, że jak się dobrze w miłości dzieje, to życie jest fajne, mimo wszystko. I ma rację.:)