|
|
Blog > Komentarze do wpisu
złoto czyli nowy coming outTrudno pisać o sobie. Zwłaszcza kiedy przychodzi do tego, iż wywłóczy się coś ze swojej prywatności. Możecie powiedzieć – ależ na twoim blogu zawsze wyciągałeś bardzo dużo, zza kulis swojego życia i to często w sposób bardzo dosadny, na który (ja czy ja) bym sobie nigdy nie pozwolił(a). To prawda, zawsze było dużo mojej małej intymności – w pewnych, acz dość widocznych granicach. Myślę że jest tak z powodu, który świetnie opisuje Alison Bechdel w autobiograficznym komiksie Fun Home. „Nie wiem czemu ujawniam te rzeczy, ujawnienie okazuje się być odruchem, którego nabywa się po tak zwanym coming oucie. Raz ujawniwszy, nie możemy przestać. Obiekty godne ujawnienia mnożą się czy to w osobistych, czy kulturowych szafach”. Kurcze, drzemie w tych słowach strasznie dużo prawdy. Jak to jest z tym moim ujawnianiem? W pierwszym odruchu było to wyrzucenie z siebie wszystkiego, aby potem pozamiatać wszystko pod dywan – ogonem. Nic się nie stało, nic się nie stało – wołałem – z głupkowatym uśmieszkiem na twarzy. Z czasem oswajałem się z rozlanym mlekiem, bo otóż okazywało się, że z plamą na dywanie można żyć, oswoić ją, polubić i upstrzyć ją, nawet różnymi ozdobami. Potem zdobyć się na odwagę i powiedzieć znajomym – patrzcie jaką mam fajną plamę na dywanie, moja plama jest fajna. A że jednak nie zawsze reakcje na plamę były pozytywne – uruchamiał się we mnie syndrom Alison Bechdel – tylko że rozumiany na mój sposób. Więc to był pewien odruch obronny. Patrzcie jaką mam fajną plamę na dywanie, oraz jakie fajne książki na półce, i telewizor, i super wypasiony telefonik, i w ogóle wszystko super. To było właśnie to ujawnianie, przy okazji innego ujawniania – po prostu pewne odwracanie uwagi od samej plamy. Która powodowała, iż stawałem się inny wobec większości, a to strasznie nieprzyjemne uczucie. Oczywiście ujawnianie było selektywne, i podporządkowane jakiemuś misternemu celowi. Pewnie chodziło o to by w końcu znaleźć przyczyny powstania plamy. Czyli usprawiedliwienie jej istnienia! Idąc tym tropem – w wyjawianiu prawdy o sobie nie mówiłem nikomu, że w szufladzie trzymam tysiąc złotych, a w kredensie czyste złoto – co by je upłynnić w dniach czarnych. Bo te prawdy były tylko dla mnie, i nie wiązały się z plamą – a jeśli już to tylko jako środki by ją upiększać. Ale w życiu przychodzą dni, kiedy o tym złocie też trzeba powiedzieć. Choć nie przychodzi mi to łatwo, bo to nie ten typ bloga, i nie ten typ autora, co będzie wywlekał te sfery swojej prywatności – które są kompletnie święte, do których wstęp jest kompletnie wzbroniony wszystkim, poza uczestnikami tego misterium. A jeśli ktoś się poważy na łamanie tej sfery – zawsze już będzie miał u mnie przegrane – co dosłownie znaczy, że zawsze!!! Dziś ujawniam, choć zasadniczo to mój błąd – błąd za długiego jęzora – który zbyt łatwo rzuca na wiatr pewne obietnice. Ale rzuca i musi się z nich rozliczyć – to może brzmi jak wymuszenie, ale jest to gdzieś głęboko ukryta i silna potrzeba. Znalazłem złoto i mam je od jakiegoś czasu, myślę nawet, że jest to pokaźny skarb. Im więcej upływa czasu, tym bardziej widzę, jakie ślepa kura ziarno znalazła. Choć czasem mam ochotę wyrzucić skarb do rzeki w cholerę, (średnio raz na dwa tygodnie) – ale potem widzę jak ogromna byłaby to strata. – A jestem straszliwie skąpym człowiekiem, więc to się kompletnie nie opłaca, takie wyrzucanie. Generalnie wszystkie dobra, które się ma w życiu, powinno się rafinować, ubogacać, przetapiać – aby stawały się lepsze i to czynię – czynimy… Dokładnie pół roku temu wpadło w moje ręce niesamowite znalezisko, mój (wspaniały) chłopiec. Mój prywatny chłopiec do życia i do wzajemności. Którą dalej nazywamy miłością, lubieniem oraz pragnieniem. To już pół roku, jak jesteśmy razem z moim I(lanem). I jest nam dobrze. Pewnie się nie kochamy – nie wierzę zwyczajnie w miłość. – Po prostu jesteśmy, może troszkę odmiennie od większości związków wszelakich – najczęściej się bijemy i gryziemy… Zakładając że obaj jesteśmy po jednych papierach, coś nas od siebie uzależniło – coś, czego nie potrafię opisać w słowach – dlatego przyjmuję nazwę dla tego czegoś jako – potrzeba… Dla mojego I. (słono mi zapłacisz za tą notkę chłe chłe chłe ;ppp ) czwartek, 19 marca 2009, koffiejames
TrackBack
Komentarze
kubeczek.kawy
2009/03/19 11:48:26
"jesteś moją kokainą"... taka piosenka była... zajedwabista ;p
2009/03/19 14:49:39
Przez wzgląd na zorientowanie bardziej mi zapadły w pamięć słowa: "She's my cocaine". Śpiewała pani o dużych zębach.
Ciekawe, kolejna para dwóch panów, kóta się bije i gryzie. Muszę się temu przyjrzeć. 2009/03/19 15:08:57
-trochę się pogubiłam przy plamach
-gratuluję:) -a z rafinowaniem to uważaj;] 2009/03/19 16:06:46
a jak mniej więcej definiujesz miłośc? (w ogóle wystrzegam się tego słowa, alem ciekawa, co znaczy dla innych)
2009/03/20 10:21:06
maganuno - jak definiuję miłość. dziewczyno :PPP to strasznie trudne pytanie...
jest miłość do matki, pewnie też jest miłość do ojca, do brata, do siostry, do babci i do dziadka - to taka miłość rodzicielsko-rodzinna - jeśli są warunki żeby zaistniała to jest niezależna od nas, nie można jej porzucić czy odejść od niej bo wypijamy ją z mlekiem matki, to tak jakbyś chciał się wyprzeć tego z czego wyrastasz. czyli w pewnym sensie jest bezwarunkowa - nie zależna od nas i chyba przymusowa - bo nie oszukasz serca i nie wyprzesz się najbliższych. miłość partnerska - hm? to ciekawy przykład opowiedziały panie z fabryki gdzie miałem pracę. - kim jest facet, jest obcym który wchodzi do twojego domu, z którym łączy cię czasem papier czasem nie! matki nie wymienisz a jeśli ten się okaże złamanym ... to wraca do swojej mamuśki i już... moim zdaniem - pożądanie, jest wzajemność, jest potrzeba, jest tęsknota i przywiązanie - i te elementy chyba składają się na miłość - ale nie jestem pewien... 2009/03/20 20:27:38
Jak zwykle - wysoooko poprzeczkę poziomu ustawiłeś... ;) - ale w pozytywnym
znaczeniu. ;) Jakoś nigdy (chyba..? a może po prostu nie pamiętam..?) nie miałem ani potrzeby, ani powodu do "ujawniania moich plam" na "przedmiotowym dywanie" ;). Unikam też - "komentowania" , czy - uchowaj Boże - "oceniania" "plam na innych dywanach" (trzymając się tej konwencji...) - bo wtedy można samemu - za przeproszeniem - zapaskudzić komuś dywan... Po prostu - szanuję "prawo własności" każdego do dywanu jego , amen... ;) heh. (mimo mojej kpiarskiej maniery - poważnie , szanuję prywatność, nie oceniam jej praktycznie nigdy). Zaś - co do miłości... - wieelki Boże! - a czy komuś udało się ją kiedyś jednoznacznie zdefiniować..? Zresztą - czy o etykietkowanie nam chodzi..? To - jak złapany motyl , opisany, umiejscowiony w systematyce, zmierzony, oceniony ...i przyszpilony martwy już w gablotce... Motyle piękniejsze są żywe - na wolności i dla każdego - inny jest TYM najpiękniejszym. Taką "szpilą w gablotce" - bywa przyzwyczajenie się do siebie - ale tego Ci , a raczej - Wam nie życzę. A swoją drogą - to ktoś o tak pokręconym życiu osobistym , jak ja ;) - wypowiada się o życiu innych... TO dopiero ciekawostka..! ;) heh Pozdrawiam ! ;) Marius _______ P.S. Miałem straszne problemy (wczoraj) z umieszczeniem komentarza pod poprzednim postem. Nic "się nie ukazało", a później padł serwe Blox'a :( Ale to nic. ;) Tylko dodam , iż mam nadzieję , że sprawy zdrowotne "Twojej Najbliżej Osoby" mają się ku lepszemu, a wszystko wkrótce się unormuje. A teraz już spadam... ;D 2009/03/22 12:17:50
Mariuszu - dzięki za pamięć :)
??? Jak zwykle wysoko postawiłem poprzeczkę ??? W jakim sensie wysoko??? Widzisz co do plam to jest niestety tak że niektóre skrywamy przed samymi sobą - i nie chcemy w nie wierzyć itd itp... A na dłuższą metę to wcale nie rokująca dobrze metoda. Moja plama nie istniała i wielokrotnie później po tym jak wyszło wszystko zaprzeczałem jej istnieniu i pewnie zdarzy się jeszcze kilka takich zwątpień - ale wynika to z pewnej niechęci jaką darzę - swoją mniejszość i już... Ty mówisz o plamach które ma każdy - ale których nie trzeba ujawniać nawet przed sobą bo one są - i musimy z nimi jakoś żyć - ja miałem taką z którą bez jawności nie mogłem już żyć :))) pozdrawiam |